Archiwum Tagów: praca

Psychologia pewnego „lajka”

22 cze

Czasem patrząc na fanpejdża (hyh, na którego zapraszam oczywiście)  tegoż szlachetnego blogusia, zamyślam się niemiłosiernie nad „lajkami”. Nie to, że diagnozuję od razu (no dobra zdarza mi się coś wymamrotać o stanie somatopsychicznym niektórych), aczkolwiek mam prawie 100% trafność w zgadywaniu, co się komu spodoba z osób mi znanych i mnie lubiących. Ale czasem pytanie mi się zajawi – dlaczego tyle osób lubi ten post?

I tak też ostatnio było przy cytacie Ojca Pratchetta:

Wiesz co jest naj­większą tra­gedią te­go świata? Ludzie, którzy nig­dy nie odkryli, co nap­rawdę chcą ro­bić i do cze­go mają zdol­ności. Sy­nowie, którzy zos­tają ko­wala­mi, bo ich oj­co­wie by­li ko­wala­mi. Ludzie, którzy mog­li­by fan­tastycznie grać na fle­cie, ale starzeją się i umierają, nie widząc żad­ne­go in­stru­men­tu mu­zyczne­go, więc zos­tają oracza­mi. Ludzie ob­darze­ni ta­len­tem, które­go nig­dy nie poz­nają. A może na­wet nie rodzą się w cza­sie, w którym mog­li­by go od­kryć.

Nie jakieś setki osób ale w powakacyjnym moim rozruchu stronki, to naprawdę niezły wynik. I oczywiście – dlaczego? Chmurki hipotez mi się od razu na nieboskłonie umysłu pojawiły. Bo co? Bo tyle osób nie znalazło tego czego naprawdę kocha robić? Bo nie realizują się w pracy? Bo wolą status quo, niż trochę wychylić się poza wyściełaną poduszeczkami z pieniążkami strefę komfortu? Nie odkrywają swoich talentów, albo grzebią je gdzieś między kredytami hipotecznymi? Albo nie znaleźli tej pasji jeszcze?

A może po prostu tak jak ja – płaczą nad tymi, którzy tak właśnie mają?

Bo fakt – serce mi się urywa jak słyszę, czy widzę osoby, które nie spełniają swojego potencjału, bo np. w niego nie wierzą. Albo nie szukają pracy, która jednocześnie będzie ich pasją, albo chociaż w jakimś stopniu będzie spełniać. W której jest fun, jest flow, jest lekkość, albo wyzwania takie, że mkną przez życie jak kometa.

Nawet mnie to z lekka wkurza (obiecałam sobie, że nie będę już przekleństw używać). No dobra, bardzo mnie to wkurza. Bo jak spotykam kogoś takiego, który się ze sobą męczy, to ja też się męczę, bo chce mi się nim potrząsnąć i powiedzieć: „Stary, szkoda życia na życie miałkie, bez pasji, bez jaj, bez spełnienia!”.

Czuję, że mam prawo, bo tak w życiu postępowałam. To, że teraz jestem gdzie jestem, w pracy, którą uwielbiam (Ci, którzy mnie znają, mówią, że za bardzo, łącznie z moją szefową, no cóż, liczę, że nie przeczyta). Na to miejsce pracowałam jakieś 15 lat. Nie było lekko. Wiedziałam co i jak chcę robić. I mam. I żeby nie było – wkurza mnie sporo spraw z zawodem związanych, ale reszta, ta naj jest właśnie Naj!

Czego wszystkim czytającym życzę, żeby było NAJ, bo po ludzku, zasługujesz na to. I tyle.

pobrane (1)

Zasługuję???

18 cze

Gabinet.

Ten:

20130617_135729

Siedzi taka śliczna, delikatna, tak spoziera na mnie tylko. Uśmiecham się. Dawno, bardzo, się nie widziałyśmy.

„Musi pani zgadnąć dlaczego się pojawiam teraz”.

„Muszę??”

Śmiejemy się razem. Bo nad „musiaciami” długo pracowałyśmy. Teraz moja kolej. Ryzykuję.

„Miłość się przydarzyła??” – jej malutkie, mikromrugnięcie, mikrobrwipodniesienie.

„No..relacja..eee..związek się przydarzył”.

„To czego pani chciała, nad czym pracowała”.

„No tak. Jest super. Nigdy tak dobrze nie było. Wszystko jest tak jak pani mówiła, że będzie”. – moje wróżkowe alterego szaleje z dumy, ale..

„Ale nie dlatego pani wróciła, prawda?” – kręci głową. I cisza. I słychać jak ktoś sobie kawę robi za drzwiami. I trwa. I trwa. I w końcu tylko łzy widzę. Dużo.

„Ja chyba nie zasługuję na to. Na to dobre. Na to, że jest tak..no…dobrze. Na to słowo, które pani powiedziała, no, nawet nie mogę wymówić”.

„Na miłość, pełną, odwzajemnioną?”

Tak. Na to przecież trzeba zasłużyć. Nie można mieć pełni. Nie można być w szczęśliwie pięknym związku. So fucking wrong! Nie można zasłużyć na miłość. Miłość jest. Dostaje się ją. Bo tak. Bo bez powodu. Bo bez warunku. Bo tylko czasem trzeba ją wziąć. Pozwolić sobie na jej otrzymanie. Ale głowa stawia granice. Bo warunkowanie otrzymane wcześniej mówi, że trzeba się natyrać, żeby być kochanym. Że trzeba być superfantasticnieprawdopodobnym. Wtedy moooooożeeeee…

Gówno prawda. Głowa kłamie jak najęta, a my nie możemy nie słuchać. Nie ma wyboru. Ech..

Tak bym chciała jej, tej na kozetce siedzącej powiedzieć, potrząsnąć:

„Zasługujesz na wszystko co najlepsze! Na miłość o jakiej skrycie marzysz, a o której boisz się mówić! Bo co? Bo nie jesteś wystarczająco dobra? Nie musisz być! Zrzuć te konstrukty kłamliwe i przyjmij, to co Ci się należy. Tak. Miłość. Relację. Związek. To co najlepsze. Bo zasługujesz. Na to. I na więcej. Bo jesteś. To wystarczy”.

Tak bym chciała. Tak nie zrobię. Przyjdzie. Popracujemy. Zmiana będzie. Na zawsze.

Ale kawałek serca mi dziś urwała. Nie na darmo.

Egoiści

28 lut

„Izzaa, no temat mam” – znajoma, już teraz, dziennikarka, wdziera mi się do rzeczywistości komórkowej, na komentarz radiowy zapraszając.

„Yhy..”

„No o zdrowych egoistach!”

„A są tacy?”

„No co ty? Wiesz zdrowi i ci niezdrowi..”

„Ahaaa..”

„Coooo? Już prawie słyszę jak ci się gałki oczne w oczodołach kręcą.. Zły temat?”

„Nie, no dobry, tylko może wiesz, nie do mnie, bo mam konkretne zdanie na ten temat…”

„Czyli możesz mi dac wersję oficjalną, a o nieoficjalnej pogadamy off- the - record?”

„Okeeeejjj..”

„To o której mam byc?”

Ech, przyszła, mikrofon do ustek przystawiła, wysłowiłam się oficjalnie, potem rozparte na kozetce przez kawyczascały rozprawiałyśmy off – the – record, o egoistach, tak..

Ze względu na to, że bloguś ten to raczej z podziemia spoziera na świat, i nie muszę się obawiac, że jakaś policja etyczna, czy ktokolwiek inny, mnie znajdzie, póki co, przynajmniej sobie jest, hyh, bo udział psychologów, tudzież psychoterapeutów w mediach społecznościowych zmienic się ma na dniach, miesiącach, latach, bo kodeks, petycje i takie tam, to sobie poużywac mogę..

Moja nieoficjalna wersja brzmi: nie ma zdrowych egoistów. Jak ktoś twierdzi inaczej, to niestety jest reprezentanatem owych niezdrowych. Tak, opinionated bitch I am. I wiem, wiem, kij w mrowisko, od jutra nikt tu nie zagląda, truuudnoooo..Ochżeszbożeszmójty przeżyję, serio. Smutno mi będzie, no ale cóż..

Egoista, w wersji podstawowej = człowiek samolubny. Czyli inaczej, określany jest często jako rodzaj postawy życiowej charakteryzującej się wysoką dbałością o dobro i interesy własne oraz przedkładaniem ich nad dobro i interes innych. Niektóre źródła poszerzają tę definicję o stwierdzenie, że jest to nadmierna albo wyłączna miłość do samego siebie, ale to już raczej byłby narcyzm lub ewentualnie egotyzm, a tak daleko żeglowac już nie chcemy. Chyba.

No czyli kim jest tzw. „zdrowy” egoista??? Czyli zdrowy człowiek dbający o swoje dobro i własne interesy? Hyh. No nie czepiam się semantyki, bo się nie znam, ale znam się na tyle, żeby zobaczyc, że utknęliśmy w spirali znaczeniowej używanej przez onych, żeby swój egoizm usprawiedliwic i mordkę niektórym altruistom (antonim egoizmu) przyskrobac. Oj, zabolało, nie? No soraski, roztkliwiac się nie będę, bo wg definicji egoizmu zdrowego to mi się po prostu nie opłaca, to nie w moim interesie leży, bo to moje zdanie jest etc.

Jak się ma adekwatną samoocenę, to bosko! Stoję i klaszczę! Fanką największą samooceny jestem, serio! Ale błagam, nie mówcie mi o zdrowych egoistach, chocby z szacunku do języka naszego! Bo co? Zdrowy samolub?? Tym się mam szczycic??

Wiem, krowa ze mnie.

imagesCA1L302V

Ja wysiadam

22 gru

beznazwy

Otrzeźwienie przyszło w zeszłym tygodniu, kiedy znajoma wysłała mi wiadomośc na fejsie: „Zobaczymy się przed końcem świata? Jest jeszcze trochę czasu, ale umawiam się z tobą od czerwca, a nie chcę odchodzic bez pożegnania”. Tyle czasu to trwa? Serio? Przejrzałam maile, mesydże, smsy do różnych osób. I powtarzam się jak wątki w telenowelach: „To w kontakcie, jak się ogarnę, może w przyszłym tygodniu”. Moja mantra od niewiadomo jak długiego czasu. Le sigh.

Tak, speed is sexy. Tacy wszyscyśmy zajęci i swoim zajęciem przejęci. Tacy potrzebni. Tacy niezastąpieni przecież. Przecież to faux pas towarzyskie przyznając, że ma się czas. Że się zdąża i nadąża.

Chórem jak z greckiej tragedii skandujemy „Nie mam czasu”.

Wszystko ma byc na wczoraj. Moda z zeszłego tygodnia, to już be – „W czym ty chodzisz? Ogarnij się!”. Njus sprzed godziny już się przeterminował. Nawet końca świata byśmy nie zauważyli, jakby niechcący rzeczywiście się pojawił.

Jedzenie też jest fast. Sex też, czasem tylko na jedną noc, na jeden numerek. A czasem sił nawet na niego nie starcza, bo tacy zmęczeni tym pośpiechem. I czasu dla siebie, żeby zadac sobie kilka ważnych pytań, też nie mamy. Innym serwujemy szybki updejt wydarzeń, po wierzchu, bez usłyszenia tego innego, może między słowami wypowiadanymi.

Na kozetce też. Wszyscy chcą szybkich rozwiązań „Proszę mnie uleczyc dzisiaj, no najpóźniej w przyszłym tygodniu. Nie można?? Eee, to tabletki szybsze.”. Szybsze, ale na efekty też trzeba poczekac. Jeszcze nie wynaleźli paracetamolu max na duszę.

Tacyśmy szybkoholicy.

Przecież dopiero co był wrzesień, a tu już „White Christmas” w sklepach gra. Zaraz będzie wiosna. A ja móżdżę jak dobę sobie do 48 h rozciagnąc. Ciekawe, czy wtedy miałabym czas?

Ja wysiadam ze speedoholizmu. Spotkam się z wszystkimi, którym obiecywałam. I będę slowfood gotowac. I powolnie do pracy, dostojnym mniej lub bardziej, krokiem się toczyc. I kawą się delektowac. I anioła snieżnego zrobię. I tak ze wszystkim ważnym zdążę. A rzeczy nieważne, pozostaną po prostu, nieważne.

Slow is the new sexy.

Czego wszystkim pędzącym życzę.

Na kozetce

10 lis

Przyjaciółka podjęła jakiś czas temu mega ważną decyzję po latach cierpienia i spraw niewyjaśnionych – terapia rodzinna z siostrą i matką. I poszła. I pan terapeuta, panie rozdzielił, a później przekazał innej pani. To nie jest dziwne, czasem praktykowane. Pani niestety, no cóż, zbyt profesjonalna nie była. I nie przychodzi mi tego łatwo napisac, bo przecież nie chcę byc tym, co do własnego gniazda kupę robi. Ale tak było.

Przyjaciółka przeżyła traumę, i chętnie bym kilka cytatów tu wrzuciła, ale już nie będę palucha w świeżą ranę wkładac.

Wolę o swoich fakapach napisac, bo jak myślę popełniłam ich wiele, bez sztucznej skromności, i och, tak zaprzeczajcie, bo mi ego trzeba połaskotac. Nie.

Ludzie mitologizują terapię. A terapeutów zwłaszcza. Bo to niby jawią się Ci jak półbogowie, co to niby prosto z Olimpu psychoterapeutycznego świeżo między ziemian zstąpili. Tak niektórzy się zachowują. Znam ich trochę i wiem. I pewnie mnie z pracy i stowarzyszeń by wyrzucili, jakby czytali, ale nie czytają, bo nie przystoi wypocin innego terapuety czytac. Proste.

Terapeuta też człowiek, oczywiście chce się powiedziec. No taaak. Ale gdzieś tam mam obawy, że czasem ten człowiek, człowieka w drugim, czyli w pacjencie, kliencie, rozmówcy, przestaje widziec, a skupia się z całej swojej siły i mądrości na zaburzeniu. I jak owo zaburzenie, którą teorią wyjaśnic, wg którego protokołu działac, jak proces „zdrowienia” przeprowadzic. A człowiek gdzieś znika. I diagnoza, elegancka, że panteon półbogów psychoterapeutycznych by się nie powstydził, ma się tak do życia, jak żaba do roweru.

Nie mówię, że teorie niepotrzebne, że protokoły to bee i po co, że diagnozy to psu na kapcie. Nie. Ale to tylko częśc. Może nawet ta mniejsza, samego bycia z człowiekiem. Bo człowiek to coś więcej niż same jego zaburzenie, więcej niż jego „choroba”. I wiem, że to pierdoły, oczywiste oczywistości i truizmy tu sadzę, ale sama z ręką na sercu mogę powiedziec, że jak już diagnoza jest, to po ludzku później, szuka się dowodów na jej potwierdzenie, bo tak nasz szlachetny umysł pracuje i już.

Ja tak robiłam do czasu. Aż się nie nauczyłam swoją głowę w wątpliwośc poddawac. I teraz zawsze wątpię w to co myślę, zawsze czujnie się przypatruję prawdom, które mi tak szybko z automatu niemalże na usta się wkradają, nie wierzę emocjom. Pytam się siebie: „A co jeśli nie? A co, jeśli siebie okłamuję, bo całości obrazka nie widzę? A co, jeśli nie mam wszystkich kawałków diagnostycznej układanki?”.

Nie jestem terapuetą idealnym. Boshhh…No daleko mi. Tak jak do słońca. Znam się. Ale się uczę człowieka i siebie. Fakapów mnóstwo popełniając po drodze. Czasem to tylko fakapiątko z puli mniejszych grzeszków, ale zdarzyły się takie, za które, do piekła psychoterapeutycznego niechybnie trafię i przed dziadkiem Frojdem przyjdzie mi się kajac i na grochu klęczec.

Ale też myślę, że on sam taki święty nie był, i może zrozumie..

Tylko człowieka szkoda.

 

Czy praca psychoterapeuty jest nudna?

24 wrz

Takim to pytaniem zostałam ostatnio zaatakowana przez pewnego pana. Odruchowo odpowiedziałam nie, no bo nie jest. Wg mnie to najlepsza praca na ziemi, albo i w całym wszechświecie. No może poza zawodową księżniczką albo płatnym mordercą. I mogę sobie wyobrazic dlaczego to pytanie panu temu przyszło do głowy. No bo jak to stereotypowo wygląda? Siedzę ileś tam godzin w gabinecie i słucham problemów innych, nie? No z grubsza takiego rzeczywiście grubego, tak może jest. Ze stereotypem płatnego przyjaciela też walczyc nie zamierzam.  A że jesień nas tu zaskoczyła, jak to we wrześniu bywa, to mi się tak melancholijnie na wspominki zebrało, a propos tej nudy właśnie. I historia mi się przypomniała, taka jedna z gabinetu właśnie. Długa będzie, więc proszę się uzbroic w coś do picia, jedzenia, siusiu zrobic, bo przerw na reklame nie będę robic, i jedziemy.

To był lipiec, roku nie podaję, ale nie tak dawno całkiem.Gabinet. Gorąco jak w saunie fińskiej, wiatraczek na fulla nastawiony nie pomaga. W poczekalni hulałby wiatr i takie kłęby krzakowe, takie jak na westernach, z kąta w kąt by przewlekał, jakby wiał. Nie wiał. Nikt nie pracował, poza mną, no i recepcją na 10% operującą, bo jak wiadomo, latem wszystkim się poprawia i wszyscy są szczęśliwi, więc o terapeucie zapominają. I dobrze. Cisza, spokój, nic się nie dzieje.

W drzwiach pojawia się włos i głos recepcjonistki mantrę gabinetową wyśpiewujący: „Iza, pan do ciebie.”. I pan wchodzi. W marynarce, bardzo eleganckiej, ale trochę do aury niepasującej, bo ja najchętniej w kostiumie plażowym bym tu siedziała, no ale przecież każdy ma swoje odczuwalne poziomy dyskomfortu. Zasiada na kozetce. Taki duży pan, bardzo, twarz taka charakterystycznie męska z zarostem konkretnym, oko władcze. No wygląd, każdy ma swój. Ale coś tu mi przeszkadza, już poza marynarą, coś uwiera, jakbym go znała, jakbym wcześniej widziała. Ale twarzy nie zapominam. Zerkam na kartę rejestracyjną, może tam coś, cokolwiek..Nic, pustka. Literki, cyferki obco wyglądają. Pan zaczyna opowiadac swoją historię, że żona, i dzieci, i dom zbudował. A nade mną jak oszalałe zaczynają fruwac znaki zapytania, ale bez konkretnych pytań. Zadaję pytania o historię, bo coś mi zaczyna świtac w głowie. Coś mi bardzo nie pasuje, choc konkretnie nie mam sie do czego przyczepic. Aż tu nagle jest! Kropeczki mi się połączyły! Syrena w głowie zaczyna wyc jak oszalała! Czerwone światełka wszędzie! Że co??? Nie wierzę!!! Ślina zasycha mi na języku. Robi mi się lodowato zimno. Adrenalinka ze strachu zalewa mi oczy.

I teraz małe cięcie, żebyś Ty łaskawy Czytelniku, też zobaczył co ja.

Kilka miesięcy wcześniej zgłosiła się do mnie pani. Nie wie, czy odejśc od męża, czy nie, bo tak już się zmienia, bo chce czegoś innego, bo poznała kogoś. I tak sobie to rozkminiałyśmy. Aż pani na którejś z sesji mówi mi, że pan zagroził, że zabije dzieci, po czym biegał za panią z nożem. I normalnie można to zgłosic na policję, albo do odpowiednich służb. Z tym że, tu fakap niezły, bo pani nie może. I napisac dlaczego za bardzo nie mogę,  licze więc na Twoją wyobraźnię. Poza tym pani zapewniała mnie, że to nie pierwsza taka historia. No okej. Na kolejnej sesji, pani mi oznajmiła, że mąż dowiedział się, że chodzi do psychologa i obiecał jej, że tą psycholog zabije, bo to ona mąci w głowie żonie, suka jedna, czyli ja. No nieswojo mi się zrobiło mimo tego, że do strachliwych nie należę, urodzona i wychowana na warszawskich Szmulkach, uodporniona jestem na pewne historie na poziomie DNA przecież. Kilka dni później telefon do mnie przez recepcję. Ojciec pani dzwoni – „Pani mnie nie zna, ale ja martwię się, że może powinienem panią ostrzec, bo zięc, naprawdę niestabilny, dzieci zabraliśmy, a on przecież z bronią na codzień obcuje, i wini panią za wszystko. Proszę na siebie uważac! Ręce mamy związane, o tym pani wie..”.

Kropeczki połączone???

I jeszcze nie wierzę, że to może byc on. Ale wszystko się zgadza. Wygląd, wysławianie się, nawet historia, którą opowiada. Ręce mi się trochę trzęsą. Co ja mam zrobic? Wyjśc z gabinetu pod pretekstem? Wołac o pomoc? I co? Połową mózgu prowadzę „autentyczną” rozmowę terapeutyczną, a drugą rozkminiam co mam zrobic. Pan się coraz bardziej rozkleja, wysuwa się na kozetce w moją stronę – „Co ja mam zrobic? Niech mi pani powie?” – wykrzykuje.

„Panie ….., porozmawiajmy szczerze.” – mówię do niego, używając jego prawdziwego imienia, nie tego z karty. Zmiana jest piorunująca. Pan się relaksuje. Uśmiecha nawet. „Gorąco tu u pani”. Zdejmuje marynarkę. Pod spodem kabura z pistoletem, który wyjmuje i kładzie obok siebie. Na kozetce

„Dobra pani jest.”

„Po co ta szopka ze zmianą tożsamości?”

„Chciałem panią poznac, bez uprzedzeń”.

„Z mojej strony, jak rozumiem?”.

„Tak. Też myślę, że taka kurwa, co to w życiu ludzi miesza, powinna zdechnąc”.

Żyję.

Wiadomo.

Czy praca psychoterapeuty jest nudna?

3 x F

9 sie

Pamiętam swoją pierwszą legalną pracę, tuż po maturze. Za żadne skarby nie chciałam iśc od razu na studia, więc wybrałam taki kierunek, żeby się na niego nie dostac. Nieważne co to. Na miejsce tam wtedy,  było jakieś pińcet milionów kandydatów, więc szanse powiedzmy, miałam raczej nikłe. Ale jeśc i rachunki trzeba było płacic, więc..do pracy!  Rekrutacje prowadziła wtedy Straż Miejska. Tylko nie do biura, o nie! Ale zostałam wybrana do pracy na ulicy, jakkowliek niejednoznacznie to brzmi. Oh, yeaaaH! To była zabawa! Dziewiętnastolatka w świecie, no raczej męskim. I były patrole, i służby 48godzinne, i interwencje no, siłowe, i mandaty, och mandaty.. I w mundurze wyglądałam zajebiście! I Warszawa była wtedy oazą spokoju, bo funkcjonariuszka Iza dzielnie broniła bezpieczeństwa swoich ziomków, ha!

I jak sobie przeglądam moją cefałkę, to myślę, że zawsze tak było, że robiłam to, co mi w życiu pasowało. A jak przestało pasowac, to się przbranżawiałam i..robiłam to, co chciałam znowu. Zaczynając kompletnie od zera. Bez „znajomości”, bez nepotyzmu i takich tam świetnych pierdół. No tak mam.. No „głupi to ma szczęście” i już.

Bo jestem debilką. Jestem wariatką. Kompletną idiotką przecież. Bo??? Bo uwielbiam swoją pracę. Ja w ogóle nie „chodzę do pracy”, tylko spędzam czas przy pl. Konstytucji, na 2 albo 4 piętrze. I jeszcze taka w czepku urodzona, że mogę tego czasu sporo tam spędzac, a co! I się dziwią ludzie. A ja dziwię się tym, którzy tak nie mają. Ale serio! O co cho???

Noel Coward, taki Brytyjczyk sławny, powiedział kiedyś:

„Work is more fun than fun.”

Ja tak mam. Bo w tym co robię muszą byc 3 Efy…

Pierwszy eF:  Flow

Za Wiki podaję: „(w polskim tłumaczeniu przepływ) – koncepcja psychologiczna, którą stworzył amerykański psycholog węgierskiego pochodzenia Mihály Csíkszentmihályi. Flow można określić jako stan uskrzydlenia, który towarzyszy wykonywaniu skomplikowanych działań przy jednoczesnym wysokim poziomie wykorzystywanych umiejętności osoby jej dokonujących. Przepływ można zdefiniować jako stan poza nudą i niepokojem. Nuda występuje kiedy posiadane umiejętności są wysokie, zaś wykonywane działania są nieskomplikowane. Niepokój zaś występuje w sytuacji odwrotnej: kiedy wykonywane działanie jest zbyt skomplikowane względem posiadanych przez osobę umiejętności.”

No jestem „uskrzydlona”. Praca z ludźmi, w taki settingu jakim jest psychoterapia, jest/ bywa skomplikowana. Czerpię z wszystkich zmysłów, siedzę w „tu i teraz”, bo robienie mentalnej listy zakupów jak ktoś opowiada o swojej traumie z dzieciństwa, to takie lekkie faux pas, nie? Żeby ogarniac te trudności z jakimi zgłaszają się ludzie, ciągle szukam nowych rozwiązań, bo i nowe zaburzenia nam kwitną, ciągle się uczę i głowę łamię jak to wszystko dla pacjenta najlepiej wykorzystac. Nie ma miejsca na nudę..Fruwam wysoko!

Drugi eF: Fiero

To po włosku – duma. Ale taka duma, emocjonalny haj, kiedy udaje się pokonac jakieś przeciwności losu, kiedy sie próbuje, i nie można, a w końcu jest!! W gabinecie przekładam to na te momenty, które nawet mogą byc niewidoczne dla pacjenta, a ja widzę jak on się zmienia, jak przełamuje swoje schematy, jak wychodzi na prostą, jake leczy zranione emocje, jak składa się do kupy.. Jak ja to widzę, to właśnie mam takie fiero. Bo to jest zajebiste uczucie, że prawie chce mi się krzyczec i płakac ze szczęścia, a duma z tego co pacjentowi się udało, unosi mnie jakiś metr nad podłogę, i chciałabym zatańczyc taniec – zwycięstwa, ale nie wypada przecież, nie?? Udało się!!!

Trzeci eF: I fucking love my work!!!!I tyle. Mogę doświadczac tylu historii, spotykac tylu niesamowitych ludzi, patrzec na to jak ludzie się zmieniają i uczestniczyc w tym…I są łzy, emocje, ból, trauma, ale jest i śmiech, i żywioł, i autentycznośc. Jaki to jest przywilej??? Nie mówię, że zawsze jest różowo, boshh.., nie. I czasem się zniechęcam, i jest mi trudno, a czasem wręcz niemożliwie trudno. Ale to jest częśc obrazka. Bo trzy eFy zawsze wygrywają.

Kiedyś zastanawialiśmy się z kolegami z pracy, co bysmy zrobili, jakbyśmy wygrali jakiś znaczny pieniądz (tak, tak terapeuci, też ludzie, nie zapominajmy, o takich głupotach też gadają). No różne pomysły padały. A mnie nic nie przychodziło do głowy…No co, mieszkanie sobie kupię większe, i co? No w podróż dookoła świata, no okej? No to wrócę, i co? Widząc moją konsternację, jeden z kolegów skwitował: „No ty to nawet nie musisz myślec – za darmo byś pewnie pracowała”. No tak już mam. Mówiłam, debilka..;)