Wszystko przez Jacka

8 wrz

Ze wstydem nie wchodziłam na stronę bloga ostatnio. Tyle czasu od kiedy napisałam ostatni raz, a ludzie wchodzą, czytają, co odważniejsi komentują.. Wstyd, pani, czysty wstyd. Wstydzę się więc i debatuję. Jak to się stało?

Ano lato się stało, tyle rzeczy do zrobienia, ludzi do spotkania, miejsc do pojechania. Sprawdzam wcześniejsze „lata atmosferyczne” i co? Ano pisałam, nawet całkiem często. Nawet z pobytów gdzieśtam.

Krasy rumieniec z wolna zalewa mi lico.

Ej, no, myślę sobie do siebie, ale te nowe projekty? Ha? No dobrze, w wersji roboczej, ale czasopochłaniacze. No i przecież pracowałam prawie w pełnym wymiarze psychoterapeutycznym. To mało? No i jest zwycięska konkluzja – nie miałam czasu!

Wena moja, skonfrontowana też przez kolegę terapeutę, kiedy to sobie o „twórczościach” naszych rozmaitych fejsbukowaliśmy, ze złośliwym uśmieszkiem, szepce, wzgardliwie oczywiście: „Czasu bidulko nie miałaś? Ojej..”.

Chciałam sobie uwierzyć, tak bardzo. Bo to przecież fakty faktyczne a nie fantazje. Ale wymówkami zacuchnęło. Ojoj. Swąd się rozszedł, aż głowę odwracałam, tylko jak tu od siebie się odwrócić, no jak?

Czerwona już jak cegła, nie z przyczyn seksualnych bynajmniej, przyznałam się przed sobą, że to wszystko kłamstwa wierutne, że klasyczną, pospolitą „ściemę” sobie uprawiałam i osiągnęłam poziom hard Masterki Prokrastynatorki.

Wzdechnęłam sobie głęboko, aż się zakrztusiłam. Jak ja tego, na Jezuska z Brodą, nie zauważyłam? Jak ta prawda niepyszna mnie tak skrzętnie (po złości pewnie) omijała?

I już wyraźnie mi się pokazało, jak to czasem po prostu „nie widać”. Nie widzimy, bo nie możemy, przez sieci schemacików przez umysły utkanych, takich prawd zwykłych o sobie. Jak to w wymówki wierzyć wolimy, bo, yeny, no wygodnie przecież. Rzeczy ważne odpuszczamy. Na „bardziej odpowiedni czas” odkładamy. Sami sobie pod sobą dołki kłamstwami wykopujemy.

A na dodatek, kolega Jacek, a niech mu będzie z nazwiska, Gientka, podzielił się swoim wytworem wierszowanym, który poniżej przytaczam. Obśmiałam w głos, a potem w milczenie wstydliwe wymówko- kłamstwek zapadłam.

 

Kuopciuszek

Za kilkoma rzekami, miastami i górami

(Nie bądźmy przesadnie szczegółowi,

Bo po co komu takie fakty, prawda?)

Żyła biedna dziewczynka – Kuopciuszek.

 

Właściwie to wszystko jedno, czy była

Dziewczynką czy chłopczykiem, czy może…

A, nieważne, nie czas na dygresje.

Żyła sobie i już. To jest sedno. Żyła.

 

Miała macochę. Biednemu Kuopciuszkowi zmarła matka,

A ojciec chciał, żeby dziecko wychowywało się

Biorąc wzór nie tylko z niego, ale i z mądrej kobiety,

Którą widziałoby na co dzień (właśnie tak to się pisze).

 

Myślicie, że wiecie co było dalej?

Że macocha i jej córki stosowały przemoc,

Którą właściwie należałoby nazwać mobbingiem,

Ze względu na rzekomo pracujący los dziewczyny?

 

Macocha była dobrą kobietą, siostry znosiły

Wszystkie smutki biednego Kuopciuszka.

Nawet, gdy mówiła, że nikt jej nie szanuje,

Że wszyscy się z niej śmieją, bo brzydka czy coś.

 

Gdy ktoś powiedział: podnieś łyżkę z podłogi,

Płakała, że znów się nią wysługują.

Gdy ktoś nie dosłyszał, co właśnie mówiła,

Płakała w poduszkę, że znów ją lekceważą.

 

Zdarzało się, że jakiś przystojny pan,

Albo taki, który tylko tak myślał, naiwniak,

Pochwalił jej oczy, usta czy cerę, a ona

Uciekała myśląc: znów czegoś ode mnie chce.

 

W sobotę ojciec (który był wielkim królem,

Nie mówiłem? Widocznie zapomniałem)

Zorganizował wielki bal, żeby wszyscy

W całym królestwie dobrze się zabawili.

 

Siostry szybko się umalowały i ubrały,

Żeby ustawić się w kolejce do co ładniejszych

Kawalerów albo tych, co po zdjęciu obrączki

Raz w tygodniu wybierali się, żeby pohulać.

 

A biedny Kuopciuszek? Siadła w kącie kuchni,

Zapłakała rzewnymi łzami, smutna jak skrzypce,

Że znów o niej zapomnieli, że nikt jej nie kocha,

Że niepotrzebnie się urodziła i chce umrzeć.

 

Nagle pojawiła się wróżka.

Spojrzała dobrotliwie

Na biednego Kopciuszka, dała mu kopa

W dupę i powiedziała: „Nie marudź. Weź się wreszcie za swoje życie”.

 

Koniec. Zasłona. Milczenie. Dobranoc.

Piękno skóry

20 lip

Oho, znowu jest viralowo „ważnie” o pięknie kobiety! Znane?

albo to:

 

Piękne. I ważne właśnie. Bo co te media robią tym dziewczynkom, dziewczynom, kobietom, w ogóle całemu rodzajowi żeńskiemu, o męskim już nie wspomnę (nie dziś). Jakimi informacjami o tzw. urodzie nas wszędobylczo i bezkarnie karmią? Co te kobiety potem muszą ze sobą robić, żeby tak sprostać tym „ideałom piękna prawdziwego”? No wszystko, prawie. Niby wszyscy wiemy, że to photoszop a jednak porównania siebie zostają, gdzieś tam na granicy świadomości po milimetrze się kodują. Złe media, złe…

Naturalnie więc się wydaje, że takie oto ujawniające prawdę i porównania clipy są potrzebne, bo przecież o tym trzeba mówić! Ujawniać! Demaskować!! Uświadamiać młodym i starym! Kobietom i mężczyznom!!

Pewnie tak.

Ale gdyby tak popatrzeć na teledysk nr 1 jako na reklamę środka do zmywania makijażu?

A na drugi jako na reklamę możliwości jakiegoś programu do edycji zdjęć?

A na obydwa, jako sposób monetyzacji tego trendu „piękna skóry naturalnej” i zdobycia popularności wśród rzeszy kobiet??

Można. Ale tak nie robimy, bo zatrzymujemy się na powierzchni, na tym co nam one przedstawiają i „achom” i „ochom” i łzom wzruszenia nie ma końca.

A dla mnie nie ma różnicy, czy jest makeup czy nie ma, czy był fotoszop użyty czy nie. Bo i tak oba podejścia podkreślają to samo: „Patrz na powierzchnię. Patrz na to co tylko oczami możesz zobaczyć. Wygląd, wygląd, wygląd…”. Zatrzymujemy się na psychologii ewolucyjnej, na swojej własnej zwierzęcości, podkreślając ważność tego co na zewnątrz, trochę jakby się patrzyło na samochód, nie zaglądając pod maskę, kupowało dom, oceniając tylko jego fasadę.

Zewsząd słyszę i wszędzie czytam, że to przecież wnętrze się liczy. Hyh, serio??? To się ci wszyscy mądrzy ludzie, mistycy i nauczyciele mylą chyba…

Tak. Wygląd przemija? Jasne. Ważne to co w środku? Oczywiście. Takimi wyświechtanymi frazesami nas karmią. Bzdura, proszę Państwa! Przecież to nie jest istotne tak bardzo, jaką osobą jesteś, jak bardzo dobrą, moralną, ciepłą, kochaną, inteligentną i mądrą, skoro nie za wiele osób się będzie chciało tego dowiedzieć, nie? Bo akurat tak się zdarzyło, że nie wpisujesz się w kanony „piękna skóry”, bo tak się zdarzyło, że masz taki zestaw genetyczny a nie inny..

Czym jest piękno prawdziwe się pytam?

Dla mnie zawsze, tym kim jesteś. To czy swoim zachowaniem ranisz innych, to co wnosisz w tzw. życie, swoje i innych, to w jakim kierunku idziesz. Tak, takie bzdurne wartości, jak dobro, miłość bliźniego, szacunek.

Możesz siebie uważać za piękność, możesz być dumna z bycia Miss Wszechświata (i Wszechświatów Równoległych jak już przy tym jesteśmy), to, powiem nowotestamentowo, „jesteś jak cymbał pusto – brzmiący” jak nie masz tych oldskulowych wartości..

Zmieńmy w końcu ten focus na „to co widać”, patrzmy pod „piękno skóry”, zobaczmy czym i kim jesteśmy naprawdę, a nie podkreślajmy ważność tych skórek, wydmuszek, powierzchowności przesyłając sobie śliczne virale w soszialach.

I młodych uczmy właśnie tego, nowego „focusu”, taka praca u podstaw, im będzie lżej bez tych porównań..

PS. Hyh, nie mam nic przeciwko tzw. biologicznie pięknym ludziom płci obu, mają świetny mix genów, nieprawdaż?? Niespecjalnie mieli na to wpływ… Ot i tyle, a też czasem nie mają łatwo…Ech…

Dlaczego w polskim radio nie mogłam opowiedzieć o „pochwicy”?

4 lip

W mediach do których jestem czasem zapraszana jako ekspert, zdarzają się różne tematy. Tym razem w Czwórce miałam mieć temat „Ciało, nagość i media”. Podskoczyłam z radości, bo to przecież temat – samograj można powiedzieć, i o każdej jego części spokojnie mogę mówić godzinami – i z perspektywy psychologicznej i seksuologicznej oczywiście. Razem z psychologiem społecznym, który zdecydowanie rozszerzał podejście na różne kultury, stworzyliśmy bardzo udany duet!

I było o stereotypach płci i ciała wykorzystywanych przez media. I o podwójnych standardach, że nagi biust na plaży to prawie ok, ale już karmiąca matka w Arkadii to już nie. I o stabuizowanym ciele, i wychowaniu seksualnym, tym niedostępnym. I o tym jak bezmyślnie często dzielimy się pewnymi treściami i fociami w soszialach. I jak przesuwamy granice tzw. „przyzwoitości”. I jakich konsekwencji możemy się spodziewać po takim „ekshibicjoniźmie” – emocjonalnym, cielesnym i statusowym (nikt nie może przewidzieć, bo technokraci zaskakują nas coraz bardziej i szybciej). I było o tym, jak te standardy tzw. piękna ciała wpływać mogą na młode, kształtujące się dopiero samooceny chłopców i dziewczyn. I udało mi się też o pozytywnych aspektach tego wszędobylsko „odkrytego ciała” nadmienić. No git, nie??

I się pośmieliśmy, i podopytywaliśmy, i poteoretyzowaliśmy. Uwielbiam. Ale.

W pewnym momencie, w tzw. przerwie na utwór muzyczny, prowadzący, świetny gość (nazwisk nie przytaczam, ktoś bardzo zdeterminowany sobie znajdzie), pyta: ” Iza, a może jakąś historię gabinetową, z pełnym zachowaniem pufności i anonimowości, co??”. Masz, no pewnie, myślę, bo to mało znam!! „Słuchaj to może o pochwicy opowiem, jak już jesteśmy w temacie wstydu i uwarunkowań kulturowych???”. Panowie obaj się zawiesili na chwilę, zafrasowali z nienacka. „Yyyyy, wiesz co, obawiam się, że w polskim radio ok. godziny 13.30 to może być mimo wszystko niezjadliwe, może jakiś skandalik z tego wyjść…tak ci tylko mówię z mojego doświadczenia..”. Mój drugi rozmówca dodał tylko „Wiesz, może po 22.00 to by poszło..”. Zamknęłam więc paszczę i przytoczyłam bardziej „cywilizowaną” historię o chłopcu, któremu zakazano edukacji seksualnej, i kiedy „zmazy nocne” się pojawiły, uznał, że jest śmiertelnie chory…no…. .

Zafrasowałam się, później o tym rozmyślając w pojedynkę gdzieś między Stacja Racławiacka a Metro Centrum. Dlaczego „publiczność” nie jest gotowa do rozmowy o tak częstym zaburzeniu dotykającym wiele kobiet? Bo co? Bo nazwa boli – „pochwica”?? To jest zaburzenie, choroba w klasyfikacji chorób ma swój prawowity numerek, tak jak zapalenie płuc, ospa czy inne, bardziej dopuszczalne medialnie.

A gdybym podała przykład mężczyzny z zaburzeniem erekcji, albo zanikiem popędu, to byłoby ok?? Nie mówimy o chorobach tzw. wstydliwych? A skąd można się dowiedzieć, jak nie z mediów? Że w ogóle jest coś takiego (wiele kobiet nie wie, że takie schorzenie istnieje i jest praktycznie w 100% uleczalne), że takie a takie są symtomy, że można się pozbyć cierpienia, że to się leczy, że są specjaliści, którzy są w stanie się tym zająć. I że nie ma się czego wstydzić, i po co cierpieć. No ale nie.

W radio polskim publicznym o 13.30 nie można. Bo tak.

 

To samo ad infinitum

3 lip

Gabinety.

Z eRem się znamy. Z jego schematami i przeszłością kolorową również. Jego mądrość mnie zadziwia, a jego ponowna obecność w gabinecie bardziej.

- Ha! Wiedziałem, że cię zaskoczę.

- Udało się. Co cię do mnie sprowadza? Nie widzieliśmy się ze trzy lata..

- Jedno zdanie, które kiedyś powiedziałaś.

(Manipulant, hyh, głaszcze mi terapeut-ego..myślę..).

- Nie, nie przymilam się (jeszcze czyta w myślach! skubany!). Po prostu zostało i w końcu ogarnąłem co znaczy, dla mnie – „Lekcje życiowe będą się powtarzały aż się nauczysz,to czego masz się nauczyć”.

- Aha. (broń każdego terapeuty, jak chce wypaść na tak mądrego jak postrzega go rozmówca/pacjent/ klient). To czego się nauczyłeś?

- Jeszcze dokładnie nie wiem. Przed wejściem w ostatni związek, myślałem i pilnowałem się, żeby tylko nie popełnić błędów z tego ostatniego. Okazało się, że popełniłem dokładnie te same, tylko trochę inaczej. Iza, no, ciągle jest tak samo, coś mnie przeciąga po tych samych koleinach. Niby inaczej a tak samo… No kurna…

- Szukamy wzorca, mechanizmu?

- (wzdycha) No tak…Dziękuję, że powiedziałaś „my”… Już nie mam siły sam..

(Wcześniej mnie za to punktował, teraz docenia… Ludzie się zmieniają, hyh).

- Chcę już siebie normalnego! Wiesz..Bez tych starości, naleciałości przeszłości..Bez błędów…

- Popełnisz nowe, wiesz..

- (kręci głową, przyglądając się mi) Czy ty masz jakieś szkolenie na psucie ludziom nadziei?? Nie uczą was, że macie pomagać, a nie uziemiać??

- O mój dyplom ze złośliwości poproś w recepcji. (śmiejemy się, bo to nasze zwyczajowe wymianki..).

No śmichy chichy, ale podziwiam eR, że zauważył, że widzi, że wszystkie drogi prowadzą do tego samego przekonania, o sobie, o tym jaki on jest w relacjach z kobietami. I kobieta inna, ze swoim setem przekonań, ale on jest ten sam przecież. Te same mechanizmy. I widzi, że to nie działa.

Bo lekcja będzie się powtarzać, dopóki się nie nauczę. Nie zmienię. Nie odkryję, tego co mnie trzyma w warunkowanej przeszłości.

Zmienia się partnerów, partnerki, żeby było lepiej, a tu trzeba siebie. Trochę jak z urlopem, wyjazdem, albo zmianą pracy, zamieszkania. Jak to się ładno – niecenzuralnie mówi – „Same shit, different place”.

Ech.

 

Bez – siła

24 cze

 

Gabinet.

On siedzi. Ostrożnie. Spięty, jak do skoku. Niespokojny. Czuć energię pod skórą. Coś tam jest. Coś pełza, drapie od środka.

Wiem, że nie chce tu być. Wiem, że mnie nie lubi, nie znosi wręcz. Powiedział, otwarcie. Bo „terapeuta nie jest od lubienia, jest od pomocy” – jego słowa. Przychodzi więc, raz, czasem dwa w tygodniu. Wtedy, kiedy To go zalewa najbardziej. Wtedy, kiedy już nie może złapać oddechu. Wtedy kiedy tylko To się kręci w myślach i nie pozwala normalnie żyć.

To – w jego myślach – zranienie równa się pragnienie zemsty. Ale zemsta przez duże, wielkie „Z”. Nie może się od tego oderwać, To trawi go, kawałek po kawałku zabiera cząstki życia. Oddycha Tym, nieustannie plecąc scenariusze jak do filmów.

Myślisz, że z tym przyszedł? Żeby się pozbyć Tego? Nie. Nie widzi i nie chce zobaczyć, że to go zżera, zjada. Chce tylko przewietrzyć głowę, przekazać mi milionowy plan zemsty. Czasem, przez miliseksundę dotyka swojej w tym bezsiły. To momenty tak drogie i delikatne, umykają, i widzę tego człowieka z obsesją, w kręgu niemocy. Dotykamy swojego człowieczeństwa. Przez te mikrosekundy.

Bo ja też swojego. Nie rozumiem tej obsesji, nie rozumiem tego pragnienia zemsty, tak żywego, jak by się działo naprawdę, jakby się działa naprawdę. To czego dotykam to brak siły, miejsca, gdzie wszyscy jesteśmy tacy sami. Tak samo, niemożliwie, słabi.

Wątpisz?? No tak, przecież „to takie „głupie” mścić się, to takie niedojrzałe..”.

A kiedy zostałeś zwolniony z pracy, bezpodstawnie przecież, i nienawiść się wkradła?A kiedy zostałaś porzucona, nagle, bez słowa, bez wytłumaczenia? A kiedy ona zabrała Ci Jego? A kiedy ktoś ma coś czego ty nie masz? A kiedy…

I tak wyliczać można bez ustanku. Te nienawiści, te zazdrości, te zawiści, te zemsty. Te malutkie, nie tak wielkie, niby. Ale siedzą w głowach, w duszy. Nadżerają, obsesyjnie się plączą. I tak. Odbierają siłę, moc. Zatruwają Ciebie. Obsesyje, obsesje, obsesyjki…

A gdyby tak odłączyć te myśli – niech ktoś zgasi ich światło! Niech ktoś założy embargo na te emocje, na te umysłu produkcje!

Ale nie ma nikogo przecież. To ty sam/sama.. Odbierasz sobie siłę, bo „nie można tak ludzi traktować, bo nie zasługuję, bo nie jestem tego warta, bo muszę być najlepszy”… Schematy trzymają jak obcęgi. I tak wokół własnej osi, po ludzku, kręcimy się, ja i ty, schematy i ich obsesyjne produkcje. Tak.

I może myślisz, że tak słabi mają? A te pozytywnie ustawione „cele”, dzięki którym tak dużo osiągnąć możesz, musisz, powinieneś? A cena, patrzysz na cenę?? Aaa „no pain, no gain”…. Tylko czy warto, tak dążyć, tak przeć, tak siebie ugniatać? Myślę sobie, że ta siła, też bezsiłę rodzi..

Skotłowani w tej niemocy, ja i ty. Odpuszczamy życie, siebie.

Spytasz mnie (bo jemu nie mogę powiedzieć, ot tak) – to co mam zrobić?

Odpuść, zostaw, odejdź.

Jak? Jak do cholery?

Powoli. Milimetr woli po milimetrze resztek szacunku do siebie.

Phi, fuknąć na mnie możesz, wymądrzasz się, pańciapsycholożka i tyle..

A ja Ci powiem, że byłam tam gdzie jesteś Ty, i wróciłam. Po siebie. Po swoją siłę. Można, trzeba, uwierz, choćby na słowo.

 

 

Na Dzień nieMatki

6 cze

Przemknął Dzień Matki z Dniem Dziecka pod rękę. I dobrze, że już po, mówię sobie głośno w gabinecie. Bo niby tyle radości, tyle celebracji, tyle fotek w sociale wrzucania! Ale gdzieś w cieniu, i między ścianami gabinetu wcale tej radości o tej porze nie ma.

Jak to? Przecież na zewnętrzu radość, kwiaciarki zajęte hurtowo, detalicznie upominiki kupowane, sieci GSM obciążone megatonami rozmów i smsów. Nie ma radości w gabinetach. I nie mówię o tych historiach Tych, którzy z matkami się ułożyć nie mogą, nie umieją, nie chcą. To na kiedy indziej.

Nie. Pod koniec maja ściany zasępione. Bo przychodzi ból nieMatek. W społeczeństwie przesiąkniętym kultem Matki, gdzie obowiązek rodzicielski każda kobieta winna wypełnić, bo jak nie to.. To co? To egoistka, feministka, „kto Ci na emeryturę zapracuje”, „kto Ci kubek wody w chorobie poda”, odrzut jakiś, zbędna, liszaj na społecznoskórze.

Takie głosy, z agresją a czasem z politowaniem oceny jedynoprawdziwe wygłaszane, nie, nie tylko przez polityków. Ile z tych nie – Matek kuli się w sobie słysząc „Masz dzieci?”. Tak durnowate pytanie strąca je w desperację, w depresję, w autoagresję, w cień, w który się nie wchodzi.

Słucham ich.

U jednej 4-5-6 próba in vitro.

U drugiej rozwód, bo mąż już ciśnienia nie wytrzymał i możliwej bezpłodności.

U trzeciej, trzy poronienia, a teraz się boi, że znowu. I że może nigdy już.

U czwartej, martwy płód i poród płodu w 7 miesiącu.

U piątej mąż bezpłodny, i nie chce słyszeć o adopcji.

U szóstej orientacja seksualna „nie ta” i w Polsce, jak to w Polsce..

I jeszcze ta sódma, ósma, dziwiąta i tysięczna. Tworzą grupę, „najgorszą z najgorszych” – pragną macierzyństwa, całą sobą i trudno im sobie wyobrazić, że dziecka nie będzie, bo nie ma partnera. I część wzruszyć ramionkami może najłatwiej – „To niech sobie zrobią! Co za filozofia!”.

Tylko, że te kobiety nie chcą siłą, za wszelką cenę, z czystego egoizmu, z ukradzionym komuś mężczyzną. Pragną całego pakietu, dla siebie i dla dziecka. Ale nie ma…partnera. Przerażone biologią. I nie, nie są księżniczkami, nie mają niemożliwych wymagań, nie zamykają się w wieżach Niedostępności. Są. Piękne, ciekawe, wykztałcone, zdrowe, jakby się ktoś pytał, na ciele i na umyśle. Nie godzą się tylko na desperację, wybierając nadzieję i cierpienie. Że może jednak, że będzie.

Patrzę na nieMatki, a Matkami chcące być i nie mam żadnych słów, bo co można im powiedzieć? Że i tak są pełnowartościowymi Kobietami, że Kobieta to nie „=” automatycznie Matka? Że nie są wybrakowanymi, nieważnymi niedorobami, nawet jeśli to o sobie słyszały, nie raz?? Bombardowane zewsząd, nie chcą w to uwierzyć.

Bo tak łatwo otaksować, zetykietować, sięgnąć po najbardziej dostępną heurystykę społeczniekulturowo ukształtowaną, nie wiedząc nic, co kryje się pod bezdzietnością.

A supermądralków nie wierzących w stygmę „bezdzietności” w Polsce, albo bezmyślnie szafującymi pytaniami „o potomstwo”, odsyłam po gram empatii i zrozumienia dla tych, którzy/ które muszą milczeć społecznie, bo nikt ich nie usłyszy, bo słuchać nie chce.

A dramat jednostki dramatem pozostaje.

 

 

Wybieram śmierć zanim ona po mnie przyjdzie

24 maj

Brakowało mi ostatnio czasu na uczestnictwo w społecznościówkach. Taki „disconnect” narzucony trochę. Zawsze wtedy myślę, że jak coś ekstremalnie ważnego, to i tak się dowiem. Ale są rzeczy ważne i ważne. Każdy taką „ważność” sam przecież sobie definiuje. I jak już chwilę złapałam, to „ważność” mnie dogoniła.

Nie było nic w polskich mediach, ba nawet Ciocia Wiki jeszcze przed aktualizacją (kiedy to piszę), w zagranicznych ze 2-3 notki. Cisza. A Sandra Bem nie żyje.

Myślisz sobie pewnie „Who the fuck is Sandra Bem?” albo coś podobnie brzmiącego. Też bym nie wiedziała, gdyby nie była jednym z moich autorytetów i nauczycieli. Gdyby nie otworzyła przede mną świata gender, roli społecznych, roli męskich i kobiecych. Gdyby nie wlała mi do głowy, wcześnie bardzo, zamiłowania do kwestionowania stereotypów. Gdyby nie pokazała społecznego mózgu. Gdyby nie wyjawiła pojęcia androgyniczności. Gdyby nie walczyła do konca z narzuconymi kulturowo postrzeganiem ciała i siebie nawzajem. Gdyby nie było jej w moim życiu, nie byłoby mojego życia, które teraz znam, lubię i szanuję. A jej już nie ma.

Już trochę lat miała. Mogła poczekać i odejść jako starowinka profesorka- badaczka, ubóstwiana przez swoich studentów. Nie.

4 lata temu został u niej wykryty Alzheimer. U tego nieprawdopodobnego umysłu, który na szczęście dla epoki, ją wyprzedzał. Już wtedy zapowiedziała najbliższym, że jeśli choroba ją zdominuje, czy stanie się dla niej nie do zniesienia, zabije się.

Odeszła we wtorek. 20 maja 2014. Dwa dni wcześniej urządziła stypę dla najbliższych z którymi się godnie pożegnała. Poniedziałek spędziła z mężem, z którym przez lata dzieliła pracę naukową (Daryl jest również znakomitym psychologiem) i życie. Poszli na spacer, obejrzeli film, zjedli obiad. Wzięła proszki i odeszła we śnie. Wszyscy wiedzieli, że wtorek to ostateczny termin, deadline.

Piękny umysł odszedł, kiedy jeszcze był piękny.

Bardzo się wzruszyłam. Dotknęło mnie to do rdzenia. Nie, że jakoś żałobnie. Ale to jej postanowienie – żyć w wolności i w niej odejść, kiedy jeszcze wiem kim jestem. Wybrać najtrudniejsze z rozwiązan, a może najłatwiejsze? A ta „stypa” – pożegnanie, kiedy jeszcze żyjesz, to była taka jak w filmie „Wtorki z Morrim” czy jak w „Ćmie”? Czy jeszcze inaczej? Co myślał mąż, starszy od niej przecież? Jak podjęła taką decyzję? A co oglądali tego ostatniego dnia? Co było na obiad?

I głębiej. W jakich okolicznościach możemy w ten sposób, świadomy, zadysponować swoim życiem? Jaka choroba nas do tego kwalifikuje? Czy fizyczna tylko? A co z „chorymi” psychicznie, którzy nie są w stanie unieść tego swojego cierpienia, mimo medykamentów i remisji? Czy oni mają prawo o sobie w taki sposób zdecydować? Wg jakiego kodeksu moralnego mamy prawo osądzać – „samobójstwo jest złe”? Kto jest w stanie zważyć ilość cierpienia? Kto ma prawo oceniać? Jeśli żyjemy, ot, bo tak nam dane, to czy nie możemy też decydować o swojej śmierci? Godnej, bo świadomej?

Nie mam odpowiedzi. Jak macie to mi podrzućcie. Proszę.

PS. I’ll miss you Sandra. Your life and work changed my life and work. You will not be forgotten.

Dlaczego tak chętnie się wszystkim dzielimy?

19 maj

Nie chodzi oczywiście o dzielenie chleba czy oddanie przysłowiowej ostatniej koszuli z pleców, ale o nasze aktywności w serwisach społecznościowych.

Jakiś czas temu, po moim nieudanym e-samobójstwie, zaczęłam z większą uważnością przyglądać się własnej i innych aktywności . Jak użytkujecie to wiecie, że treści i wiadomości różne ludzie o sobie publikują. Jedni bardziej wylewnie, łącznie z tym co na śniadanie jedli albo swoje wyczyny parasportowe, inni bardziej konserwatywni, tylko frapujące, niestety często tylko ich, linki do artykułów. Jeszcze jest grupa tzw. „zdawkowiczów”, gdzie nad sensem postów, mocno i głęboko trzeba się pochylić. No ok. Po to serwisy istnieją przecież. A statystyki nie kłamią – 80% treści zamieszczanych, to treści natury osobistej, wiem, trudno uwierzyć, że aż tyle.

(Bezkonkurencyjny jest Snapchat, ale o tym kiedy indziej).

Po przejrzeniu tych arcyważnych treści pojawia się tylko jedno pytanie – dlaczego?

Dlaczego taki dostęp do siebie dajemy? Dlaczego te treści wydają się takie ważne? Co nam to daje? Oprócz tzw.promocji siebie, gdzieś na granicy narcyzmu lewitującej. Ano naukowcy z Harvardu też się nad tym zastanowili, zbadali i już wiemy.

Nie chodzi tylko o to, że żyjemy w świecie ekshibicjonizmu, ale o to, że robi nam się dobrze, tak jak wtedy kiedy jemy coś dobrego, dostajemy pieniążka albo uprawiamy sex, kiedy dzielimy się informacjami o sobie i swoimi opiniami. Nie wyssali sobie tego z czystej teorii, ale podłączyli ochotników do maszyn badających mózgi i tak wyszło.

Te same ośrodki odpowiedzialne za odczuwanie przyjemności z powyżej wymienionych czynności, pobudzają się wtedy, kiedy np. wrzucam na Instagram swoje selfie, albo się melduję w jakimś ultraważnym miejscu dla siebie, albo dzielę się własną opinią o filmie itp.itd.

Wszystko już jasne.

Biologia, układ nerwowy, dopamina. Ach, ta dopamina – ten mityczny „przekaźnik przyjemności”, ten prowodyr wszelkich uzależnień!

Jak już zaczynamy „się dzielić” to przestać nie można, co? Ano niełatwo. Ale przecież wolę i inne zdolności poznawcze mamy, takie jak np. ooops, staromodny „zdrowy rozsądek”, którego czasem brak myślę sobie.

Może czasem warto by wziąć ze trzy głębsze oddechy, chwilę, momencik, zanim coś wpuścimy na fejsunia, zretweetujemy, zinstagramujemy się? Bo może nie warto? No ale cóż, my, współczesne ofiary dopaminy, zrobić mamy? Pozostaje nam nieczysta walka z własną biologią. Ech.

 

5244452488_39ec7c312d_z

Radykalnie wdzięczna

4 maj

Wykorzystując kapryśną aurę i jej chwilową dobroć, zasiadamy na zewnętrzności kafejki, przyjemnie, trawa, kawa i promienie słońca. Rozmowa leniwie się toczy o spektaklu co to niedawno widzieliśmy. Krytycznie. O projektach, co to każde z nas ma, och, no kilka. Ktoś wrzuca hasło, że nic w kinach teraz godnego. Ktoś inny o Snapchacie z lekkim lekceważeniem #achtamłodzież i że co to w ogóle jest. Ja o trendach w e – terapii i że maszyny to mnie pewnie wygryzą. Tacy jesteśmy. #firstworldproblems

Z pobliskiej kryjówki wytacza się bezdomny. Zakłóca realnością ten sielsko – narzekający nasz krajobraz wewnętrzny. Jakoś milkniemy, jakoś nie ma jak skomentować, jakoś może swoje słowa na nowo przeżuwamy. I wtedy T. mówi: „Ech, no w sumie to mam fajne życie”.

Banalnie tak się zderzyliśmy ze swoim środkiem. W porównaniu z tym archetypem biedy (nie wnikam, czy wybrana, czy narzucona przez tzw. los), życiowo wypadliśmy świetnie.

Ale myślę, że nie trzeba aż tak mocno się utożsamiać. Żyjemy w kulturze narzekania, porównywania siebie, aroganckiego osobistego PRu.

Wiem, wiem – każdy na miarę szyte braki ma. Ona te wakacje ma – ja nie mam. On ma taką pracę – a ja nie. Oni mają taką relację – ja nie. I tak ad infinitum. Porównać się da do każdego. I w górę i w dół.

Kultura „braku” nam się wytworzyła. Oh, wait, sami ją stworzyliśmy, w pogoni za lepszą wersją siebie.

A gdyby tak radykalny jakiś ruch zastosować? Być wdzięcznym za to co się ma? W tej chwili, w tym życiu, na tu i teraz? Zobaczyć czym zostaliśmy obdarowani? Co sobie wypracowaliśmy? Co tzw. los nam podrzucił? Zdać sobie sprawę, że jest „fajnie”? Przez moment nie narzekać?

Nie mówię tu o siadaniu na laurach, na „jakim mnie stworzyłeś,takim mnie masz”. Nie. Zmiana, rozwój, dojrzewanie osobowości. Jestem bardzo ZA.

Ale jeszcze bardziej jestem ZA docenieniem, dojrzeniem, dopatrzeniem się cudów, cudków, cudeńków z jakich składa się nasze codzienne życie. Nie, że „coś mi się należy”, nie, że „tak ma być”, nie, że „phi, przecież to normalne”. Nie.

Bycie radyklanie wdzięcznym, bo jest za co, jak się tylko chce to zobaczyć, wbrew…well, wszystkiemu czasem. I powiedzenie sobie za T. (którego jestem fanką od jakiegoś czasu): „Fajne mam życie” – z tym co jest, teraz.

 

Beksińscy. Portret cierpienia podwójny.

14 kwi

Grzebalkowska_Beksinscy_500pcx

 

Rzadko piszę o tym, co czytam, bo gdzieś wewnętrznie uważam, że czytanie o przeczytanym jest po prosu nudne dla czytacza, który nie przeczytał, a wtórne dla tego, który przeczytał. Ot co.

Jednak z tą książką postanowiłam zrobić wyjątek. Bo Beksiński Zdzisław. Bo ważny dla mnie pozostaje. Bo w końcu, może pozycja dotycząca relacji ojciec – syn.

Sporo osób pytało mnie o opinię. Ale też na pytanie „Co teraz czytasz?” na moją odpowiedź reagowało dość jednoznacznie: „Po co? Przecież wiadomo, że był pierdolnięty!”, „No co ty? Nie męczysz się? Przecież tam ciemność i zgrztanie zębów.”, „Eee tam, nie ma sensu sobie głowy syfem zarzucać”.

Wtedy w dialog nie wchodzę, no bo jak? Ale przeczytałam, nie powiem, że jednym tchem, bo trudno emocjonalnie mi się treści odbierało, i kilka przystanków musiałam zrobić, żeby oddech złapać. Trudna i mocna lektura.

Zadziwiona byłam rozmachem – bo to przecież przez kilka dekad przechodzimy, w tle dzieje się historia, polityczna i sztuki, zmieniają się systemy, trendy i przywódcy. Panorama czasów minionych, których jeszcze byłam świadkiem świadomym.

A na tle tych wszystkich przemian, oni, Beksińscy, bez wybielania, bez cenzury, bez zbędnego „upomnikowienia” (chylę czoło przed autorką). Tak jak żyli. Tacy byli.

Jedne z najciekawszych fragmentów, to te dotyczące inerpretacji dzieł Beksy – ilu patrzących, tyle zdań, a sam autor, skutecznie, przez lata swojej kariery, odżegnywał się od jakichkolwiek opinii i kierunków „patrzenia”. Z dystansem podchodził do swojej twórczości, co w książce jest bardzo wyraźne.

I tak jak dla wielu Beksiński „zwykłym popierdoleńcem” był, no bo „kto przy zdrowych zmysłach, takie szkarady tworzy”, tak dla mnie oswajał lęk podstawowy – lęk przed śmiercią. W jego pracach była, tak, nadzieja przemiany, zmiany. Od małego tak miałam, i nie mogłam, nie nauczyłam się na nie inaczej patrzyć. Ukrzyżujcie mnie.

Czytając jednak, nie mogłam się odseparować od tzw. „diagnostyki”. No bo tak – skrzywienie zawodowe podąża za mną, nawet w głąb tego co czytam. I co mogłam zobaczyć? No co – nerwica obsesyjno- kompulsywna, fobia społeczna, zaburzenia ze sfery autyzmu, może Asperger u Zdzisława Ojca? Depresja kliniczna, osobowość narcystyczna, dwubiegunówka, nierozwiązany kompleks Edypalny u Tomasza Syna? Może i są. Ale po co mi to.

Myślę sobie, ża tak łatwo przychodzi ocenianie i interpretacja pracy człowieka, poprzez pryzmat jego tzw. „zaburzeń”. Tak łatwiej, jak jakiś algorytm, jak heurystyka. Nie oddalamy się od osoby autora, nie potrafimy często spojrzeć co autor przekroczył, jakie granice w sobie, jakiej transgresji dokonał (tak jak u Kozieleckiego i Janion). Nie. Zamykamy się w sferze znaczeń tych najbardziej dostępnych, nie patrząc na to co autor, i Ojciec przez malarstwo, rzeźbę, fotografię i kolaże, i Syn przez audycję i pisanie w sobie przebył, przezwyciężył. Nie da się, w naszym często limitowanym zrozumieniu, uciec od biografii, od życia przeżytego. Osoba rozlewa się i definuję twórczość.

Ale może gdyby tak z dystansem, przebić się przez ból i cierpienie „codzienności” i spojrzeć świeżo, na to co jest przed nami – na dzieło, samo w sobie, na produkt ostateczny? Trochę wysiłku. Trochę empatii i współczucia dla tych, którzy nie boją się, tego co czujemy wszyscy pewnie, projektować na zewnątrz.

Przyznam, że kilka razy się popłakałam czytając, bo życie nie zawsze jest dziełem, takim jakim byśmy chcieli, żeby było.

Czytajcie i przeżywajcie. Warto.