Beksińscy. Portret cierpienia podwójny.

14 kwi

Grzebalkowska_Beksinscy_500pcx

 

Rzadko piszę o tym, co czytam, bo gdzieś wewnętrznie uważam, że czytanie o przeczytanym jest po prosu nudne dla czytacza, który nie przeczytał, a wtórne dla tego, który przeczytał. Ot co.

Jednak z tą książką postanowiłam zrobić wyjątek. Bo Beksiński Zdzisław. Bo ważny dla mnie pozostaje. Bo w końcu, może pozycja dotycząca relacji ojciec – syn.

Sporo osób pytało mnie o opinię. Ale też na pytanie “Co teraz czytasz?” na moją odpowiedź reagowało dość jednoznacznie: “Po co? Przecież wiadomo, że był pierdolnięty!”, “No co ty? Nie męczysz się? Przecież tam ciemność i zgrztanie zębów.”, “Eee tam, nie ma sensu sobie głowy syfem zarzucać”.

Wtedy w dialog nie wchodzę, no bo jak? Ale przeczytałam, nie powiem, że jednym tchem, bo trudno emocjonalnie mi się treści odbierało, i kilka przystanków musiałam zrobić, żeby oddech złapać. Trudna i mocna lektura.

Zadziwiona byłam rozmachem – bo to przecież przez kilka dekad przechodzimy, w tle dzieje się historia, polityczna i sztuki, zmieniają się systemy, trendy i przywódcy. Panorama czasów minionych, których jeszcze byłam świadkiem świadomym.

A na tle tych wszystkich przemian, oni, Beksińscy, bez wybielania, bez cenzury, bez zbędnego “upomnikowienia” (chylę czoło przed autorką). Tak jak żyli. Tacy byli.

Jedne z najciekawszych fragmentów, to te dotyczące inerpretacji dzieł Beksy – ilu patrzących, tyle zdań, a sam autor, skutecznie, przez lata swojej kariery, odżegnywał się od jakichkolwiek opinii i kierunków “patrzenia”. Z dystansem podchodził do swojej twórczości, co w książce jest bardzo wyraźne.

I tak jak dla wielu Beksiński “zwykłym popierdoleńcem” był, no bo “kto przy zdrowych zmysłach, takie szkarady tworzy”, tak dla mnie oswajał lęk podstawowy – lęk przed śmiercią. W jego pracach była, tak, nadzieja przemiany, zmiany. Od małego tak miałam, i nie mogłam, nie nauczyłam się na nie inaczej patrzyć. Ukrzyżujcie mnie.

Czytając jednak, nie mogłam się odseparować od tzw. “diagnostyki”. No bo tak – skrzywienie zawodowe podąża za mną, nawet w głąb tego co czytam. I co mogłam zobaczyć? No co – nerwica obsesyjno- kompulsywna, fobia społeczna, zaburzenia ze sfery autyzmu, może Asperger u Zdzisława Ojca? Depresja kliniczna, osobowość narcystyczna, dwubiegunówka, nierozwiązany kompleks Edypalny u Tomasza Syna? Może i są. Ale po co mi to.

Myślę sobie, ża tak łatwo przychodzi ocenianie i interpretacja pracy człowieka, poprzez pryzmat jego tzw. “zaburzeń”. Tak łatwiej, jak jakiś algorytm, jak heurystyka. Nie oddalamy się od osoby autora, nie potrafimy często spojrzeć co autor przekroczył, jakie granice w sobie, jakiej transgresji dokonał (tak jak u Kozieleckiego i Janion). Nie. Zamykamy się w sferze znaczeń tych najbardziej dostępnych, nie patrząc na to co autor, i Ojciec przez malarstwo, rzeźbę, fotografię i kolaże, i Syn przez audycję i pisanie w sobie przebył, przezwyciężył. Nie da się, w naszym często limitowanym zrozumieniu, uciec od biografii, od życia przeżytego. Osoba rozlewa się i definuję twórczość.

Ale może gdyby tak z dystansem, przebić się przez ból i cierpienie “codzienności” i spojrzeć świeżo, na to co jest przed nami – na dzieło, samo w sobie, na produkt ostateczny? Trochę wysiłku. Trochę empatii i współczucia dla tych, którzy nie boją się, tego co czujemy wszyscy pewnie, projektować na zewnątrz.

Przyznam, że kilka razy się popłakałam czytając, bo życie nie zawsze jest dziełem, takim jakim byśmy chcieli, żeby było.

Czytajcie i przeżywajcie. Warto.

 

 

 

Trójkąty i kwadraty

9 kwi

Czasem gabinety nawiedza geometria.

Bo niby przychodzą w pojedynkę, ale nie do końca. Bo jest On + 2 (w domyśle). Albo Ona + 1On + 1Ona. Albo są Oni we dwójkę + Ona (wirtualnie, niby w przeszłości). Albo Ona + On i jego 1 żona. Albo Oni na kozetce + 1 On od Niej + 1 Ona od Niego.

Pogubiliście się już? Bo ja czasem się gubię, na krótko na szczęście, wyjmuję ekierkę terapeutyczną i zaczynam mierzyć kąty. I wcale nie poliamoryczne, bo to akurat przecież w miarę łatwo idzie ustalić, kto z kim kiedy, kto w kim jak bardzo. Wszystko otwarte, przyjęte, choć społecznie niepopularne.

Ale tu o te kąty chodzi, często niewidoczne. Bo niektóre o sobie nie wiedzą, że są nagle w jakiejś figurze geometrycznej, a nie w dotychczasowym wektorze, który jak wiemy, ma dwa końce, tylko.

Mierzymy więc, patrzymy czy jest szansa na bycie w linii prostej ze sobą samym, i z którąś z tych osób. Moralność, tak szeroko znana i dyskutowana, na szczęście zostaje za drzwiami gabinetu, bo tylko by nam to mierzenie niepotrzebnie zakłócała.

Czy wybrać osobę w starym zbiorze pozostającą, czy jednak nowy jakiś tworzyć?

Czy da się wyleczyć po tym jak figura się stworzyła, i na rzutniku rzeczywistości wobec wszystkich zajaśniała – da się do wektora powrócić?

Czy godzić się na bycie tym trzecim kątem przy wektorze na zewnątrz idealnym?

Tyle i więcej tych pytań. A odpowiedzi smutne i trudne. Bo zawsze, nieodwracalnie, ktoś będzie cierpiał, kiedy już wszystkie kąty są zmierzone. Zostanie ten jeden, a czasem dwa, grzecznie gumką wytarty, tak żeby wektor wektorem pozostał, w nowej lub starej wersji.

Wytarty cierpi, wycierający jeśli nie jest psychopatą, czy w najmniejszym ilorazie, socjopatą, też, ale inaczej.

W całym tym mierzeniu nie zapomina się o dzieciach, a może właśnie czasem tak. One też cierpią, na zawsze często, i po latach, stawiają się, tak, tak, w gabinetach, ech, sami wektorów nie umiejący stworzyć, albo też pogubieni w geometrii przez siebie już przerabianej.

Ale są też takie wektory, które zjawiają się na kozetce, żeby się godnie rozstać, żeby powiedzieć sobie, że od dzisiaj stanowią punkty wolne, unoszące się pośród innych, na wtórnym rynku matrymonialnym.

Cenię to bardzo. Takie rozstanie, takie zakończenia. Nie trzeba oczywiście gonić od razu do terapeuty, ale może czasem łatwiej tak, w warunkach kontrolowanych. I nawet jak są emocje, a mogą wciąż być, jak jest uczucie, jednostronne czasem. Otwarcie powiedzieć sobie – jak jest, coś się skończyło, pójdźmy dalej zanim się bardziej pokiereszujemy poprzez tworzenie jakichś figur właśnie. Nie zbywając się milczeniem, smsem, czy FB. Z szacunkiem dla jakiejś, wspólniedzielonej kiedyś przeszłości i przestrzeni.

Taka to geometria nasza, Trójkąty i Kwadraty, Pożegnania i Rozstania, Cierpienie i Ból.

Smutno.

 

Jak chciałam popełnić e-samobójstwo

3 kwi

Kilku znajomych wymknęło się z Targowiska Próżności, o przepraszam, z Fejsbunia. Kilku innym nie podobały się moje posty (miały na pewno wiekopomne znaczenie), o czym nie omieszkali mi nadmienić. W radio komentowałam rodzaje aktywności w mediach społecznościowych i ich wpływ na nasz dobrostan. Czytałam badania o E-migrantach i Tubylcach sieciowych. W międzyczasie “obsługiwałam” swoje zwyczajowe profile, no i zaniedbywałam blogusia tegoż w efekcie.

Aż dostałam e-zadyszki. Autentycznie poczułam się zmęczona. Tak sobie chodziłam z decyzją, tak się powoli we mnie wykluwała. No i proszę – obwieściłam, najpierw tym, którzy w cyberprzestrzeni nie istnieją, albo tylko niszowo. “Odchodzę, rzucam, znikam, wylogowuję się, dezaktywuję! Wszystko!” – okrzyknęłam z dumą, czekając na aplauz, albo przynajmniej dobrotliwą akceptację licząc na wsparcie. Tia. Usłyszałam: “Ty???? Buahahaaha! Chciałbym to zobaczyć!”, “Przecież to część twojego życia, po cholerę chcesz sobie rękę odrąbać?”, “Ale z Instagramu też? To kto mi będzie serducha dawał?”. Ogólnie nieszczególnie.

Potem to samo już na profilu Próżnościowym – no powiedzmy, że reakcje były mieszane.

No ale decyzja to decyzja. Popełniam e-samobójstwo, zabieram swoją tożsamość online’ową i nie będę się już sobą dzielić!

Plan był obmyślony ze szczegółami – najpierw taki minidetoks, czyli nie wchodzenie na społecznościówki, a potem swobodne zamykanie profili, nikt już nie zauważy, że mnie nie ma.

Tia.

Czytam literaturę do jakiegoś zaburzenia psychologicznie niszowego i przypominam sobie, że przecież gdzieś badania najnowsze widziałam – tak, i owszem, nawet zalinkowałam – na Twitterze. Nie poddaje się, i szukam przez Wujka Google a potem przez Ciocię Wiki, z myślą, że może ktoś to znalazł i podrzucił. Nie. Namęczyłam się przeokrutnie, ale znalazłam. A wystarczyło tyko wejść i migusiem odszukać. No ale z twarzy cholewy nie będę robić..

Potem jakieś pytanie seksuologiczne miałam, więc chwytam za telefon i myślę, zadzwonię do M. na pewno będzie wiedzieć. I pewnie wie, ale ja się nie dowiem, bo nie mam do niej telefonu! Okazuje się, że nasza obszerna komunikacja i znajomość kilkuletnia opiera się na czacie FB. Wstydzę się trochę.

Przypomina mi się, że miałam iść na wernisaż, chyba dziś..Yyyy no i znowu, mój kalendarz na FB wie, a ja nie jestem pewna. Trzeba będzie gdzieś indziej te eventy wpisywać..

Już na samej wystawie twórczość mi przypomina coś co wcześniej widziałam (#pokolenieobrazka), odruchowo sięgam po Tumblera, bo tam sobie takie smakowite sztuki kąski składuję. No tak. Ale przecież nie mogę..Nigdy się nie dowiedziałam, do czego twórczość była podobna, a nawet inspirowana kim. Ych.

Gdzieś na mieście będąc włączam internet komórkowy, żeby rozkład tramwaju sprawdzić (banał) i zalewają mnie powiadomienia z różnych miejsc – sporo wiadomości nieprzeczytanych od znajomych i nieznajomych. Ważne. Ciekawe. Serce łąmiące niektóre. Ech. Potrzeba kontaktu.

Zaliczyłam jeszcze kilka takich wpadek w tym swoim “samobójstwie”. Zmęczyłam się jescze bardziej niż przed. Oczywiście, były plusy, uznałam, że z niektórych serwisów zrezygnuję (co uczyniłam – dwa już odpadły), bo nie wnoszą mi w życie nic konstruktywnego, więc won! Nad kolejnym się zastanawiam.

Te które zostają oczyszczam z rzeczy, ludzi, instytucji, stron których nie chcę już raczej oglądać – coś się jednak zmieniło.

Inaczej korzystam, większa uważność i koncentracja na zawartości, większa wybiórczość, tak poprzez szacunek dla swojej często przebodźcowanej głowy.

Ciekawy eksperyment na sobie popełniłam. Może nieprzemyślany do końca. Może następnym razem będzie lepiej. Tylko po co mi następny raz???

tumblr_ml1p5w4PlC1s3x1lno1_500

 

 

Porozmawiajamy o (bez)Nadziei

28 mar

Trudny temat, ta nadzieja, myślę sobie. Trudno mówić o niej i nie brzmieć patetycznie i nie otrzeć się ramieniem chociaż, o banał, i nie brzmieć jak odurzony substancją nielegalną Coelho.

Jak nie mówić o Niej religijnie, w triumwiracie z Wiarą i Miłością? Jak nie myśleć o tych chorych, którym pomogła zwyciężyć śmierć? Jak nie patrzeć z podziwem na tych, którzy dzięki niej wierzą w Wielkie Marzenia, i je spełniają? Jak nie podziwiać tych, którzy Nią napici, przeżywają jeszcze jeden dzień, walcząc z ciemnością, swoją i życia? Jak mam nie pamiętać Jej w oczach tych, którzy w pracy nad sobą swoje słabości zwyciężąją dzień po dniu, damn it? No jak? Przyznaję nie umiem.

Niesie nas, trzyma przy życiu.

Wstyd więc mówić o Jej ciemnej stronie. No nie wypada.

Ciemna strona, która pokazuje się tylko wtedy, kiedy tkwisz w jakiejś sytuacji, mając Nadzieję właśnie, że owa sytuacja się zmieni, że coś się zmieni, że ktoś się zmieni, a może, że Ty się zmienisz. Tak sobie stoisz i śnisz, sen, który nie ma korzeni w rzeczywistości (jak to sny). Gdzie wszystkie “znaki” na ziemi i nieboskłonie mówią, no, coś zupełnie innego niż Twój sen.

Tkwisz sobie w swoich starych schematach śniąc swój sen o świetlistej przyszłości. A rzeczywistość, fakty tak zwane, skamlą o miliseksundę Twojej uwagi: “Honey, tu i teraz, spójrz”..

No ale po co Ci fakty. Jest ta nadzieja przecież, że jednak może, w jakimś przypadku, cudzie może raczej, będzie w końcu “po Twojemu”.

Czepiasz się więc pazurami tej wizji, kłamstw raczej. A nadzieja rechocze ubawiona Twoją naiwnością i zakrywa oczy przepaską z cierpienia. No. Bo tak czekając na cud jakiś (zdarzają się, wiem..), czepiasz się nieprzeżytej jeszcze przyszłości, albo uparcie tkwisz w przeszłości, bo “wtedybyło tak dobrze”, ignorujesz to co jest napawdę, tu, przed Tobą.

Póki jest ta nadzieja, nie ma miejsca na zmianę. Na przejrzenie na oczy, te prawdziwe. Na przyznanie się przed sobą: “Nie, nie będzie inaczej na teraz. To jest naprawdę. Nic poza tym”. I pewnie nic innego nie będzie.

Jeśli chcesz zmiany, porzuć wszelką nadzieję, że będzie jakoś, ktoś będzie jakiś, coś będzie jakieś, i po prostu przyjrzyj się gdzie jesteś. Tak. Tu i Teraz.

Całkiem niedawno, tak się swojej nadziei/ beznadziei przyjrzałam. Gołym dupskiem świecące fakty mi się w swej pośladkowej okazałości okazały. I z pokorą musiałam tym półksiężycom przyznać rację – dopóki nie pochowam tej iluzjami nasiąkniętej nadziei, nie będzie zmiany, będę się tak oszukiwać do końca. Siebie pewnie. Bo nadzieja wieczna przecież, Ja nie, w moim biomięsie żyjąca.

Pogrzebałam cholerę w cierpieniu, łzach gorzkich i z połamanym na pierdyliard kawałków sercem.

Czy teraz jest mi lepiej? Nie. Ale już, w końcu wiem, że się nie oszukuję, nie żyję przez siebie stworzonymi kłamstwami, sfabrykowanymi iluzjami. Jestem, po prostu. Zbolała, zamroczona trwogą pt.”Co teraz będzie?”, utytłana po łokcie łzami z glutem z nosa. Ale jestem. Oddycham. Wolna.

Bo jak mawiał jeden z bohaterów mojego ukochanego/shame filmu:

 

tumblr_n2t1raFDUo1qza50no1_400

 

“It makes people crazy”..

 

#jakżyć *

11 mar

question-mark-on-road-image-via-flickr-milos-milosevic_100335083_m

*zamiast wstępu dodam, że przedstawiam tu pogląd subiektywny, nie prawdę psychologiczną objawioną, bo takich nie znam zbyt wiele

Jak żyć?

Takie krótkie pytanie. Tak obśmiane już. Myślę sobie, że każdy zna na nie swoją odpowiedź. A jak nie to podręczniki samopomocowe, programy treningowe, coachingowe, internety przepełnione stronkami prześcigającymi się w poradach pt. “100 najszybszych sposobów na to jak być najszczęśliwszą osobą, jaką znasz” na pewno taką radę – poradę, odpowiedź zaserwują. I ta najczęstsza to:

<werble>

- “żyć szczęśliwie, pełnią życia”.

Nie jestem jakoś specjalnie zaskoczona, no bo pewnie każdy, by chciał tak żyć, chyba. Ale tak się zastanawiam, jak definiujemy to szczęście dla siebie, pełnię życia??

Może kiedy zapełnimy tzw. “brak”-

- kiedy już znajdę tego jedynego (jeśli go nie ma, albo jest, ale jeszcze nie Ten)

- kiedy spełnią się moje fantazje seksualne (bo jeszcze pozostają fantazjami)

- kiedy będę mieć ……… zł na koncie (wpisać ratyfikującą poczucie szczęścia sumę)

- kiedy założę rodzinę (bo wszyscy mają, chcę i ja)

- kiedy będę miał pod sobą rząd dusz (albo miała – gender, gender)

- kiedy, kiedy, kiedy….

Upragnione “kiedyś” nadchodzi, a tu się okazuje, że nie do końca szczęśliwi jesteśmy. I co dalej??? Pojawia się następny “brak” i tak do końca żywota naszego. Amen.

Czyli jeśli bazujemy na braku, to jego zapełnienie nie przenosi nas automatycznie do Krainy Wiecznego Szczęścia? Na chwilę, później, well, różnie..

A co z tą “pełnią życia”?

Jak każda emo-nastolatka myślałam, że nie dożyję lat 25, bo przecież później już nie ma po co. Okazało się, że przeżyłam z nawiązkąąąąą i mam się coraz lepiej, no dobra, odczuwam momentami odciski wieku starczego (czyt. po 25 roku życia) ale ogólnie w emo – lata wrócić raczej bym nie chciała. “Too old to die young” – i bardzo dobrze.

Ale pełnia – czyli co tak naprawdę??

Taka rockandrollowa – sex, narkotyki i alko? Taka FOMO – “jestem wszędzie, bywam wszędzie, mam na to fotkę”? Taka podróżnicza – “świat mi stoi otworem, bynajmniej nie odbytniczym”? Pracowa – spełniam się (czyt.spalam) w mojej misjo-pracy?? A może egzystencjaln0- nihilistyczna – “żyję chwilą, jutra nie ma – carpe the fuck of that diem”? Albo ew. artystowska – “nie spocznę dopóki nie stworzę opus vitae”? Tyle opcji, ilu przedstawicieli rasy ludzkiej, a pewnie niedługo również cybernetycznej. Ech.

Myślę sobie, że to co te sposoby mają ze sobą wspólnego, to podążanie za dobrym samopoczuciem: “Czuję się dobrze = jestem szczęśliwa/y”. I w sumie nic złego w tym nie ma, tylko, że jest. (Tak, tak popaprani psychoterapeuci we wszystkim problem widzo).

Uciekamy od złych odczuć, wrażeń, emocji. Ku ciepełku, ku dobremu, ku “szczęśliwości” powierzchniowej. Bo mam wrażenie, że ta “pełnia” to raczej pozwolenie sobie na odczuwanie wszystkiego i doświadczanie wszystkiego w związku z tym odczuwaniem. Mam tezę, że nie jesteśmy w pełni odczuć “szczęścia”, jeśli ciągle uciekamy od tzw.”negatywnych” wrażeń. Tak jakbyśmy żyli połówką siebie. Widzieli świat jednym okiem. Tacy niepełni. Tacy zapętleni w pogoni za dobrym samopoczuciem obdzieramy się z pełni samoistnie. Żeby tylko nie czuć się źle. Nie czuć cierpienia, bólu, zazdrości, odrzucenia, nienawiści..

A przecież “wszystko przemija”. Wszystko. Nawet to, przed czym tak skutecznie uciec próbujemy.

PS1: Mój niegdysiejszy arcymądry narzeczony mawiał: “Jak od czegoś uciekamy, spychamy w podświadomość, to to coś, schodzi do piwnicy umysłu jak do siłowni i wyciska żelazo, a potem wraca z podwójną siłą, żeby nam dopierdolić”. Miał rację, której przyznać mu wtedy nie chciałam. No cóż.

PS2. Pozdrawiam moich hejterów – poużywajcie sobie – hyh, poczuję swoją pełnię człowieczeństwa. Namaste Darlings.

Teoria Wywróconych Gaci

28 lut

Zawodowo, wiadomo, teorie wylewają mi się uszami. Do każdego zagadnienia psychologicznego można przypasować przynajmniej z pięć, wykluczających się nawzajem, ale każda ważna i jedynozbawcza, prawdę wszelką ogłaszająca. I jak to z teoriami, są świetne i pożyteczne, aż do momentu kiedy skonfrontowane z życiem, bledną i mówią: “No tak, ale wiesz..”. Wiem, i ignorując je wspaniałomyślnie, pozwalam sobie na eklektyczny punkt widzeniopatrzenia. Oprócz jednej. Tytułowej. Autorstwa mojej przyjaciółki.

Zademonstruję ją na przykładzie. Własnym. Bo na siebie się nie obrażę.

Czasoprzestrzeń: jakiś czas temu, osobiste siedlisko czyt. Dziupla

Dramatis personae: ja z moimi myślami (sporo nas tu)

Scena: łażę z rozczochranymi kudełkami, wyrywając je sobie, jeden po drugim, a jest z czego wyrywać, głośno lamentując:

“Och ja biedna, ja pokrzywdzona, odrzucona, niezrozumiana, nieważna, nieistotna (kończą się przymiotniki, więc zaczynam od początku, niższym głosem). Och ja, bidulka, jak ja cierpię, jak boleję, jak bardzo, bardzo niepotrzebnam jest…”.

No dobra, może nie tak poetycko, tylko bardziej przyziemnie i wulgarnie momentami. W każdym razie, ocieram się o dno egzystencji i już wiem, że nie ma gorzej potraktowanej jednostki na ziemi. Rozżalona i cierpiętnicza, łzami ten ból wielki wycierająca, w pozie Rejtana emocjonalnego występująca.

Widzimy obrazek, prawda? No. Koronowana Drama Queen. Aż przychodzi oprzytomnienie (trening psychologiczny, hohoho). Pochlipując jeszcze, patrzę na Gacie. Niedosłowne oczywiście.

Gacie = mój stan, moje odrzucienie, moja krzywda, moja nieważność. (Bystry czytacz już widzi nadużycie wariacji “Moje”), och jakie te moje Gacie ciasno przylegające, jakie moje, intymne takie, ładne w sumie, może nawet w tej złości i frustracji, czerwone. Ba, to nawet koronkowa robota, te krzywdy moje..

I  wg zaleceń teorii wywracam je na drugą stronę, tę ważniejszą, ekhm – tam gdzie widnieją, tak, widzimy przecież wszyscy, tzw. fakty, to co jest, bez ściemy, bez wymówek, bez kwestionowania. Jest jak jest. Oszczędzę detali, bo każdy ma swoje, którymi niechętnie pewnie by się dzielił, nie dzielę się i ja. <używamywyobraźni>

Fakty są takie: <fakty, nic nie dodajemy>

Jest: <wstawiamy całą prawdę>

Osobista Ściema: <myślałam, że to …. wina, a to był mój…well, niech będzie, bączek..>

Wywrócone Gacie mi “powiedziały”, że spieprzyłam, że wyciągnęłam głupie i dziecinne wnioski, zniekształciłam prawdę, nieodwracalnie zniszczyłam relację, na której mi zależało. Bo myślałam, że te moje potrzeby, ktoś inny może zaspokoić. Źle interpretowałam zachowanie albo jego brak. Popsułam.

Tak działa ta teoria – bo nic już nie można przed sobą ukryć, bo przecież Gacie to najintymniejsza część garderoby, a ich prawdę możemy chować przed innymi ale nie przed sobą, ech.

PS: A jak historia się skończyła? Ano przyznałam przed sobą – moja wina, moja bardzo wielka wina. Widzę, wiem – a teraz, karma ugryzła mnie w dupę, na której szlachetne czerwone, koronkowe, schematyczne gacie nosiłam.

Przeprosiłam. I cieszę się cząstkami relacji, które udało mi się pozbierać. I tylko tyle zostało. MikroKawałeczki. Dobrze, że chociaż tyle.

Only connect

12 lut 23. Only connect [B]

sexytherapy:

Nie widzimy czasem innych. Ich bólu, cierpienia może. Nie umiemy może spojrzeć w siebie nawzajem, żeby zobaczyć swoje pragnienia, swoje samotności, swoje ułomności. A przecież wszyscy na tym samym wózku jedziemy.

“Nie, nie jestem [sama]. Jestem taka jak wszyscy na tym głupim, cholernym, zdumiewającym świecie. Niedoskonała. Nawet bardzo. Ale pełna nadziei. Nadal jestem sobą”.
L.Bray

Originally posted on Monkeytraps:

23. Only connect [B]

View original

Jak zostałam wariatką

9 lut

Raz na jakiś czas oczyszczam życie (czyt. powierzchnię mieszkalną) z tzw. “przydasiów”. To po Tacie – “wszystko się przyda”. Jak nie używałam rok, nie przydaje się. Out. No mercy. Wszystko, oprócz “martwych drzew” czyli książek. I tak mi się ich przez ostatnie kilka miesięcy nagromadziło, nie wiem jakim cudem (jaaaasneee!!), bo przecież na Kindelku 99% czytam.

Raz jakieś szmery mnie obudziły, a to książki wokół łoża rzędami stoiwszy, zakrzykiwały, grzbietami na mnie groźnie łypiąc, prawie jak Rycerze i Rycerzówny Solidarności – “Domagamy się godnych warunków mieszkaniowych! Chcemy półek nie podłogi! Chcemy życia w kategoriach, nie w chaosu alegoriach! Chcemy światła i pogody, dość zakurzonej niewygody!”.

Zastrajkowały. Rada nie rada, półki zakupiłam, bo takich demonstracji co rano, moje nadwyrężone serce przecież by nie zniosło.

Półki przyszły. Zapakowane jak dzieciątka w beciki.

Och, jak zwlekałam z ich składaniem! Jak patrzyłam! Jak w przedłużoną grę wstępną z nimi grałam! Och! Bo słabość mam ogromną, publicznie się przyznaję – uwielbiam składanie mebli. Ale uwielbiam, tak fetyszystycznie wręcz. Z lubieżnością więc na odpowiednią chwilę czekałam, żeby proces zacząć.

Składałam pieczołowicie, każdy tomik, tomiszcze, tomunio ładnie odkurzałam. Co i raz z sentymentem jakiś przytulałam. No orgia panie. Kiedy już stały, takie piękne do sufitu i wystarczyło tylko 4 ostatnie śrubki wkręcić, okazało się, że śrubek nigdzie nie ma.

Na początek nie panikowałam, bo przecież jasno pamiętałam odliczanie systemowe powyższych i wszystko się zgadzało. Przerzuciłam kilka rzeczy. I flashback miałam – między niestety odbieraniem telefonu a pisaniem niecierpiącego zwłoki maila, śrubki niechcący wylądowały w jednym z kilku worów “przydasiów”, które zostały wyniesione na wieczne potępienie czyli do śmietnika.

Decycja. Zostawiam taką niedoróbkę czy idę szukać? Niełatwa to, bo śnieg i mróz na świecie przeokrutny, poza tym śmietnik??? No ale popatrzyłam na kilkanaście bezdomnych albumów co to miały zagwarantowany penthouse pod sufitem…

Moja Wewnętrzna Dresiara była przeszczęśliwa, kiedy już pod przykrywą nocy wymknęłam się na poszukiwania. No bo jak się ubrać do przeszukiwania ogromniastych koszy na śmieci na kółkach?? Takich na wpół pełnych, które sprawiedliwie workami po równo nakarmiłam?

Podpowiem: ciepło i wygodnie i dobrze jest mieć cos długiego do odsuwania rzeczy, które są miękkie i mogły stanowić podstawy grupy żywieniowej albo pieluszki albo inne pokrewne, ekhm.

Na wpół wisząc na kolejnym pojemniku udało mi się namierzyć mój worek. Co w ciemnościach wcale nie było takie łatwe. Już poddałam go bliższym oględzinom, kiedy u wejścia do altanki ukazały się dwie postaci. Jedna błysnęła mi latarką po oczach, potem po “moich” śmieciach, które zgrabnie z worka wyłuskiwałam. Nie bardzo wiedziałam jak zareagować, aż usłyszałam zachrypnięty głos jednego z panów, którzy niebezpiecznie blisko się przybliżyli:

“A czego tam tak szuka?”

“Śrubek” odpowiedziałam zgodnie z prawdą przecież.

Latarka zgasła.

“Chodź Tadzik, to jakaś wariatka. Przyjdziemy później”.

I odeszli wolno ciągnąc wózek z różnościami.

Już w domu, przykręcając ostatnią półkę, (śrubki znalazłam dwa worki później), zamyśliłam się.

Jak to nam łatwo te oceny innych przychodzą, co? Jak patrzymy, jak postrzegamy i już wiemy. Namyślać się nie trzeba. Dociekanie zbyteczne. Dopytywać – a po co? Pochylić się i zobaczyć co pod okładką? Eee tam. Widzę, więc wiem.

Phi, jakie to proste. Jak śrubka.

Żałoba po

31 sty

Ile trwa żałoba po związku, relacji, kimś Najważniejszym, który żyje i ma się dobrze?

Z jakichś przyczyn wiele osób podaje 2 lata. Hmm, aż tyle, myślę sobie? Ale tyleż zmiennych trzeba wziąć pod uwagę – jak długo, jak głęboko, platonicznie czy nie, dziki seks czy czasem wanilia, jak wiele łączyło, czy są dzieci, czy jeszcze trzeba hordami znajomych się podzielić, czy intymnie, czy powierzchownie, czy inspirująco, czy z lęku, czy z przymusu już? Może 2 to czasem za mało..

A może inna szkoła, matematyczna bardziej – żałoba trwa połowę trwania związku, a potem wolność..No, to mocne – czyli jak byłam z kimś 15 lat, to teraz 7,5 lamentu i chodzenia w czerni?? Wysoka cena życiowa..

Tak jakoś z doświadczenia, i gabinetowego i życiowego, myślę, że żałoba trwa tyle, ile ma trwać. Po co siebie w te ramki, suwmiarki, zegarki na siłę pchać, skoro i tak, tak mało kontroli nad tym wszystkim mamy – dowód? Miłość Wielka Na Całe Życie miała być – i co?

Tyle ile mi potrzeba za kółkiem żałoby będę jechać i czasem zawracać. Bo długa droga może mnie czekać i wcale nie taka prosta, jak mówią. I może się nawet w niej pogubię czasem.

Minę Zaprzeczenie – nie wierzyć będę chciała, że to koniec już, że On już tam gdzie indziej wybrał.

W Gniewie i Złości przystanki sobie zrobię, jak już uwierzę, bo zobaczę jego z nią razem albo nie, jak nie w życiu, to w wirtualnej dokumentacji życia .

Potem dojadę do Negocjacji samej ze sobą, że ok, no było i się skończyło, i nie wróci, a może wróci, ale może jak zrobię to, to on…

Nie On już nic nie zrobi…

I w czapce Depresji, jak już wszystkie opcje negocjacyjne wyczerpię, posiedzę. W ciemność się przyozdobię, przecież do twarzy mi w czarnym, będę się trochę oszukiwać. Uspokoję się. Z klaustrofobii emocji się zacznę leczyć. I znajdę miejsce w Przebaczeniu. W proszeniu o nie, jeśli trzeba, ale i też sobie go udzielę, żebym w końcu do Akceptacji mogła dojechać. Akceptacji tego co widać nieuniknione. Niech tak będzie. Niech się stanie.

Potem już tylko dobre postaram się pamiętać. I taki magnes na lodówce powieszę:

tumblr_mz3wtnlgZe1rdbzymo1_500

A może inaczej teraz wszystko zrobię?

Jak zombiaki uczą etyki

22 sty

Zmęczona jestem głosami pt:”Gry video niszczą młodą psychikę”, “Gry video uczą agresji” itp. Nie dyskwalifikuję mnogości badań na ten temat, ale mam wrażenie, że umykają zupełnie głosy nie traktujące gier jako Samo Zuo, Narzędzie Szatana. Jakoś nie po drodze mediom i szkolnictwu, by uznać gry za zajebiste narzędzie, nie tylko do ćwiczenia umiejętności czysto poznawczych (są na to badania), kontroli emocji, czy też są czysto informacyjne i pokazujące doświadczenia, których naczej nie moglibyśmy mieć – pisałam o tym wcześniej tu.

Gram w gry. Z braku czasu głównie rekreacyjnie i bardzo nieregularnie i mam ogromne zaległości. Nie lubię strzelanek, ale uwielbiam dobrze napisaną historię, emocje i niejednoznacznych bohaterów.

“The Walking Dead” daje mi to wszystko i więcej. Yesu! Akcja toczy się dzięki wyborom, które podejmuje gracz. I właśnie te wybory powodowały, że nieraz i nie dwa, chciałam rzucić padem w ekran i zabrać się za szydełkowanie. Bo wyborów trzeba dokonywać szybko, głębokich, moralnych – kogo uratuję? Kto zginie “przeze mnie”? Czasem też głośno krzycząc “whyyyyyy?” patrzyłam jak opcje wybrane wpływają na rozwój fabuły- czyt.: “zombiaki właśnie zjadły jednego z moich ulubionych bohaterów”. Potem używając słów dosadniejszych próbowałam jakoś “naprawić” sytuację – czyt.: ułagodzić poszargane sumienie, trochę sama się przed sobą wybielić. Potem z emocjami na sznurkach, wycieńczona mówiłam (wersja ocenzurowana) – “Dość tego, już więcej nie gram” (kłamstwo nr 1). Ale już kolejnego wieczora: “Eeee, no dobra, to pogram tak z godzinkę” – kłamstwo nr 2, bo 6 godzin później trzęsącymi się łapkami odkładałam zapoconego pada, kiedy słońce cmokało świat w czółko. Ech. Tyle emocji. A potem w tramwaju do pracy, zachodziłam w głowę – dlaczego tak wybrałam? Co to o mnie mówi? Co ze mnie za człowiek? Barbarzyńca i egosita raczej!!No? Ale się nauczyłam i uczę, czekając na kolejne odcinki 2 sezonu. Byle szybciej.

A tu mi jedna Bogini Graczowa podsyła takie cudo:

Proszę! Młodzież uczy się etyki w szkole za pomocą moich zombiaków! Świetna metoda! Młodzi zainteresowani, wciągnięci w dyskusje! Super! Myślę sobie – jeśli ja, stara baba, która wyborów w życiu podjąć musiała, już chyba z kilka milionów, a sobie kilka pytań o sobie zadałam, to tym bardziej, piękni, młodzi wchodzący dopiero w życie, nie?

Drogi GameDevie polski i niepolski! Padam krzyżem z błaganiem – róbcie takich gier więcej, gdzie można się uczyć siebie na kilku poziomach. Róbcie gry, które dotykają środka, które nie odchodzą w niepamięć do szuflady “Zagrane Zapomniane”. Róbcie gry, które nie tylko ćwiczą zręczność, spostrzegawczość i koncentrację. Takie, gdzie nawet pańcia psycholog psychoterapeuta seksuolog, która z emocjami i wyborami oswojona może się wciągnąć na tyle, żeby zapomnieć o wstawionym czajniku na gazie. Proszę! Ze łzami w oczach!

Drodzy Terapeuci i Terapeutki! Nie bójcie się pytać o to w co grają wasi klienci. Jak grają. W jaki sposób radzą sobie z wyborami, z zagadkami. Patrzcie jak te umiejętności można wykorzystać w gabinecie. Dopytajcie jakie mają awatary albo nicki, jeśli trzeba. Tam jest kopalnia wiedzy o podświadomości, o zdrowych mechanizmach i często życiowych dążeniach. Serio. Można! Póbowałam wielokrotnie, jak już się odważyłam, ze świetnymi skutkami. Tam jest świat, który jest często zamknięty dla innych, ale tam właśnie drzemią ukryte zasoby, o których nawet sam gracz często nie ma pojęcia, że może je przenieść ze świata wirtualnego na swoje codzienne funkcjonowanie.

Dobra. Rozpisałam się. Idę pograć.