Tu o sens życia chodzi, proszę pani!

5 gru

IMG_20140912_085303

Zimno i ciemno na zewnętrzu. Sporo z nas jęczy i marudzi i wyciąga termometr depresyjny sprawdzając czy już ma SADa (afektywne zaburzenie sezonowe) czy jeszcze nie. Ech no, samo się nasuwa – taki mamy klimat i już. Znajomi mnie pytają: „Ty to pewnie całe uszy roboty masz, nie?”. Mam. Ale nie więcej niż latem.

Ale rzeczywiście rozmyślam sobie częściej o tych depresjach. I o tych prawdziwych, klinicznych, ostrych, niemożliwych czasem do przeżycia, tak niebezpiecznych. Ale też tych, które depresjami wcale nie są. Tak się tylko nauczyliśmy etykietować nastroje, bo łatwiej, bo „wszyscy wiedzą o co chodzi”.

Ale tak patrząc na lata spędzone na fotelu terapeutycznym, wiem, że tyle odcieni „depresji”, ilu z nas ją przeżywających. A czasem nie o depresję wcale chodzi.

Bo często pod koniec roku właśnie przychodzi czas rozliczeń i my funkcjonując w tym turbopośpiechu z dziesiątkami obowiązków nakładanych czy nałożonych samym sobie, z tymi planami zmian, nie dorastamy czasem do swoich założeń ultrapędu i obrazu supersiebie. I jak już te rozliczenia przychodzą, bo zaraz sezon podsumowań się zacznie, to może czasem blado we własnych oczach wypadamy i bęc! „depresja” gotowa.

Albo inna – ta, która przysparza terpeutów o frustracje największe (przynajmniej kilku, których znam) – ta, która ukryta pod płaszczykiem symptomów, kryje w sobie pytanie, tajemnicę, nas samych. I jak już przedrzemy się, wraz z Cierpiącym, przez zawiłości zniekształceń, to wdzimy, że tylko i aż o to chodzi – sens życia. „No to grubo” – choć nie przystoi, zazwyczaj tak sobie myślę i zaczyna się prawdziwa Przygoda, bieganie po znaczeniach doświadczeń i pięknie „tu i teraz”, i odkrywaniu, często tego, co najprostsze.

Ale czasem jest już tak, że cierpienie nie pozwala na takie trochę filozoficzne rozważania jasnego umysłu. Bo on już tak zaciemniony cierpieniem i bólem, jawnym i tym wewnętrznym, że nijak nie można się niczego złapać. Nie widać co się ma. Widać tylko te potrzeby niespełniane, wymarzone. Widać tylko porównywanie się do innych w niemym krzyku bezradności, widząc tylko kawałek obrazka, część błyszczącego fałszywym światłem imażu. Widać tylko te braki, dziury w życiu, w codziennej powtarzalnej rzeczywistości. Widać tylko…nie, nic już nie widać. NIC.

Wtedy słychać rady zewsząd – najgorsze jakich można udzielić – „to minie”, „ale zobacz ile masz, ile osiągnąłeś”, „jesteś potrzebny innym”. I to wszystko pewnie prawda, ale nie wtedy. Wtedy to zdaje się być kłamstwem, wkurza i boli. Rady porady, won!

Jakieś dwa życia temu, pracując dla armii amerykańskiej stacjonującej na południu Węgier, gdzie front konfliktu jugosławiańskiego był praktycznie za oknem, śpiąc urywanym snem w koszarach, pośród kobiet w mundurach, od jednej z nich dostałam najważniejsze słowa, które pamiętam do tej pory.

Im nie było łatwo, walczyły ramię w ramię z mężczyznami, ale dodatkowo narażone na przemoc, tak, to nie fikcja filmowa, często padały ofiarami nadużyć, molestowania fizycznego i psychicznego. Wróg był na zewnątrz i wewnątrz.

I właśnie jedna z nich, przy śniadaniu, które akurat wypadło ok.4 nad ranem, opowiedziała mi prawie szeptem o upokorzeniu bycia zgwałconą przez swoich kolegów. Nie przytoczę szczegółów. Niepotrzebne. Nad kubkiem z kawą wybrzmiały tylko jej słowa: „Myślisz, że nie chciałam ze sobą skończyć? Chciałam, bo wiem, że prawo ich nie dosięgnie, bo nie. Bo tak już jest. Ale wtedy mówię sobie, tylko się nie śmiej, bo to takie banalne – „not dead yet, can’t give up” – tak, jeszcze nie umarłam, nie mogę się poddać…. Mówiłam, że banał. I tak sobie jestem, dopóki się budzę…”.

I tak mi to zapadło. I właśnie w tych ciemnych chwilach, i tych, które przeżywam z innymi cierpiącymi, i w swoich własnych, o tym „banale” pamiętam.

I na wtedy, to staje się sensem, samo przeżycie. Tylko tyle. Bo ciągle jestem. To wystarczy.

Lustra

26 lis

Ktoś ten stary wpis znalazł. Wpis trudny, bo osobisty, bo w bólu pisany. Ten sam Ktoś mnie potem zapytał: „Serio myślisz, że tych luster wokół siebie potrzebujemy, żeby siebie lepiej zobaczyć?”.

Automatycznie zaczęłam odpisywać, że tak przecież, że jesteśmy bestiami wspólnotowymi, że w związku z innym, te wszystkie schematy i uwarunkowania najbardziej widoczne, bo jest bliskość, intymność, otwarcie, jesteśmy, my wtedy, całkiem nadzy, emocjonalnie i fizycznie, że jak u Herberta prawieki temu przeczytałam: „Człowiek sam jest śle­py. Mu­si mieć wokół siebie lus­tra al­bo in­ne oczy. Kocha – to znaczy przygląda się sobie”, i w ogóle ewolucyjnie tak przysposobieni.

I już prawie „enter” z gotową odpowiedzią nacisnęłam, ale jakoś z przekory trochę, do siebie „Serio?”.

Porozmawiałyśmy sobie wtedy – ja i ja – tak, wiem, nieco schizofreniczny duet tworzymy, no ale padło na mnie, bo jednak już pora zapadła ciemna, kiedy ludzie zazwyczaj śpią, a nie filozofują.

Przeczytałam jeszcze raz ten stary wpis, ten sam ból poczułam, może nie ten sam, a jego wspomnienie, bo ciało pamięta, wszystko. Popatrzyłam na swoją drogę, od tego momentu. Wciąż pamiętam inspirację, natchnienie, flow i to co w tej relacji było. Dla mnie. I to w jaki sposób myślałam o sobie wtedy, przez jej pryzmat. I pomyślałam – nie.

Grube NIE. Wiele rzeczy TAK, był moim lustrem (jak we wpisie) ale nie do końca. Przecież on też miał swój zestaw uwarunkowań, schematów, przyzwyczajeń emocjonalnych. Widział mnie przez swoje filtry poznawcze. I tak reagował. Nie mógł nie.

Jakie to zdradzieckie, pomyślałam, tak przeglądać się w oczach innego, bo kiedy „kochamy”, tak mocno ślepo wierzymy, że cokolwiek tam widać, to prawda najprawdziwsza, bo słowa, zachowania, traktowanie przez, na ten czas, osobę najważniejszą, najważniejsze, więc najprawdziwsze. Brakuje emocjonalnego dystansu, widzenia siebie, bo zauroczenie skutecznie oczy zalewa. I tak dajemy sobie strzał w serce – podwójnie trucizną naładowany: z jednej strony – kłamstwo filtrów drugiego człowieka, a z drugiej mózg na amfie hormonów.

Bacik sobie można z obwiniania siebie niezły utkać, że przecież można inaczej, że powinnam wiedzieć lepiej, że przecież to nie miało prawa zaistnieć i takie tam śliczne razy sobie raz po razie zadawać.

Wzdechnęłam sobie głęboko. Niczego już przecież dawno nie ma. Czasem tylko sobie coś o nim przypomnę, tylko ten stary wpis wbija się w świadomość, przeszłą rzeczywistością emocjonalną.

Nie ma sensu się biczować. Lustra są nam potrzebne, żeby zobaczyć siebie, inaczej, przez perspektywę Innego. Ale już nie ufać temu odzwierciedleniu tak mocno, już pamiętać, że to może być krzywe zwierciadło, a my tacy pokrzywieni, karykaturalni, nieprawdziwi tacy w nim jesteśmy. Bo to nie my. To nie ja. Nie do końca. Banalnie? Czy można to od razu czy szybciej zobaczyć? Można. Trzeba. Ale czasem nie wychodzi. I kropka. I nie biczować się. Nie ma po co i dla kogo.

 

 

Dlaczego ciągle jest tak samo?

9 lis

O. mnie nie lubi. Powiedziała mi o tym otwarcie, po latach. Pięciu a może sześciu. Nie, nie jest tyle w terapii. Wtedy ją poznałam.

Pamiętam jak wpadła wtedy do gabinetu spóźniona lekko. Bez przepraszam, szybko powiedziała:

- Mam na imię O. Byłam już na kilku terapiach. Chciałabym, żeby w końcu ktoś mi pomógł. Teraz padło na ciebie.

Padło. I zostało.

Usłyszałam o byciu niechcianym dzieckiem, przypadkowym, wpadką. O szukaniu akceptacji siebie we wszystkich możliwych miejscach. O wielkiej samotności dziecka, kiedy rodzice byli, ale jakby nie byli. O pragnieniu bycia po prostu zobaczoną. O zapadaniu się w siebie. I powolnym odchodzeniu od zmysłów.

Czytam maila, którego wtedy dostałam, od Niej, pierwszego z wielu:

„Wiesz, że jestem jak wrzód na dupie świata. Jak śmierdziel, od którego wszyscy się odsuwają. Jestem niewidoczna. A każdą komórką ciała drę się „Spójrz na mnie! Poznaj mnie!”. (…) Jak hemoroid cieknący ropą”.

Jak ci przyjdzie teraz na myśl, że wystarczyło, żeby siebie pokochała, polubiła chociaż, to wyśmiałaby cię tym swoim pięknie ciepłym śmiechem, którym nie myślała, że się śmieje. Bo O.to wiedziała. O. znała na pamięć teksty z self-helpów, cytaty z Osho, nazwy mechanizmów, których używała. Mogłaby cię przelicytować w nazwiskach psychologów, trenerów, świętojebliwych cudotwórców i uzdrawiaczy szamanów. Powiedzieć o O. że jest inteligentna, to stwierdzić, że deszcz jest mokry.

Bo były dwie O. – jedna ta dorosła, ta teraz, kobieta z dorobkiem zawodowym, którego wielu jej mogło pozazdrościć, i O. ta z dzieciństwa, ta która wracała, w tych momentach, kiedy dorosła O. nie radziła sobie z rzeczywistością. I z jej jedynym pragnieniem. Byciem kochaną.

Przez kilka miesięcy O. uczyła się troszczyć o siebie, kiedy nie było nikogo kto by o nią zadbał. Milimetrami tworzyła przestrzeń dla tej małej O., nie karząc jej już, ale akceptując te jej pragnienia. Tak bardzo powoli. I zniknęła. Bez słowa.

Myślałam czasem o O. Po pracy, w przerwach. Bo to przecież nie jest tak do końca praca od – do. Emocje zostają, człowiek pozostaje w sercu pewnie na zawsze.

Kilka lat później, niedawno, zjawiła się. Odszukała w internetach. I zasiadła na kozetce. Spokojniejsza. Chyba.

- Tęskniłam za tymi spotkaniami. – zaczęła uważnie, przechyliła głowę, lustrując – Masz więcej zmarszczek i w końcu siwe włosy widać! Życie cię nie rozpieszcza widzę, może w końcu przestań z tym wariatami pracować, co??

- A co ja bym bez nich robiła? – zażartowałam.

- Wiem, wiem, pieprzona idealistka z Ciebie, za to cię ceniłam, i za szczerość, w tym waszym popieprzonym zawodzie to nie jest częste, i za to, że jesteś taka naiwna, z całym szacunkiem…

- Znasz mnie – poczułam znowu te ciasno domykane granice, z taką lekkością przez nią przesuwane. – Z czym przychodzisz?

- Z mokką czekoladową – wskazała na swój papierowy kubek. – Wiem o co pytasz. Jebie się moje życie, disneyowskiej księżniczki, więc się pojawiam, u mojej wiedźmy, żeby mi powiedziała dlaczego ciągle jest tak samo.

Zapada się w siebie na chwilę, ktoś za drzwiami robi herbatę i rozmawia o psie..

- Pokochałam kogoś, i on, też pokochał mnie. Wyobraź sobie, taki wrzód na dupie! I jest nam dobrze ze sobą. Mój wielki projekt życiowy dobiegł końca! Ktoś mnie pokochał! Oł, jeah! Tylko że, w żadnej jebanej bajce nie napisali, nie było ciągu dalszego nigdy, tylko to cholerne „i żyli długo i szczęśliwie”. Książe może tak, ale Księżniczka stoi zdziwiona z chwiejącym się diademem na główce, bo w środku ta jakaś otchłań znowu ją zasysa. I zamiast cieszyć się „długo i szczęśliwie” to czuje się wyruchana w dupę, i to za swoim przyzwoleniem. Rozumiesz???

- Pochwalam seks analny ale tylko świadomie konsensualny.

Śmieje się, tym śmiechem swoim, tym co do kości grzeje. – Dobrze, że poczucie humoru ci się nie zestarzało!

Siorbiemy swoje kawy. O.marszczy czoło, coś sobie przypominając:

- Jak ty zawsze mówiłaś?? – przewracam oczami na swoje błędy terapeutyczne, O. nie widzi na szczęście, a może udaje. – „Lekcja nieodrobiona wraca tyle razy, aż ją odrobisz”? Nie, to ktoś inny. Czekaj.. Aaa, raz się tak niepsychoterepeutycznie odkryłaś… o pustce, której nikt inny, zewnętrzny, nie jest w stanie zapełnić..Zbyłam to, bo to takie banalne. A kilka lat później patrz…

I tak sobie patrzymy. Wraz z O. która mnie nie lubi, bo ją „wkurwiam tym drążeniem” – cytuję…

Powoli idziemy, w tym dochodzeniu do siebie, do swojej własnej prawdy. Wyśmiewając i drwiąc z tych prawd oczywistych i rozwiązań jeszcze bardziej „coelhiowskich”. Dopóki gdzieś nie uderzą w samo sedno, nie podłączą się emocjonalnie, dopóki nie stają się dla nas żywe. W tym samym procesie wszyscy jesteśmy, może na innych miejscach, może w ogóle nie chcemy w nim być. Ale i tak przyjdzie, i tak będziemy. Żeby już nie było tak samo, chociaż tyle na zewnątrz się zmienia.

(O. po autoryzacji powiedziała, że „pierdolę jakieś kocopoły, zamiast jej o pustce objaśniać i dlaczego książe nie jest lekiem na całe zło”, więc już kończę).

Świadomość nie przychodzi bez bólu*

21 paź

Przyznaję. Bardzo nie lubię pisać o książkach, a jeszcze mniej lubię o nich czytać. Ale niestety przykuta powypadkowo do łóżka, sięgnęłam po taki tytuł i no, nie miałam odwrotu:

 

z14973955Q,-Nocne-zwierzeta---Patrycja-Pustkowiak--wyd--W-A-B

 

Wszystko zawiesza się na pierwszym zdaniu, proszę:

„W dniu, w którym ją zabiła, nic nie zapowiadało katastrofy”.

Nie mogłam nie czytać dalej. Na koniec, dwie godziny później, odkładając na bok Kindelka, sforsowanego emocjonalnie jak ja, radosne „Łot a fak?” wyrwało mi się, kiedy zobaczyłam cień Wujka Junga z czułością poprawiającego mi poduszkę. Nie, nie mam neurologicznych uszkodzeń czaszki!

W swoim niezdrowym podekscytowaniu sięgnęłam po telefon do przyjaciółki, żeby się podzielić wrażeniami, która mnie grzecznie zrzuciła i zesemesowała, siedząc i nudząc się na rozdaniu nagród Nike: „Rzuciłam cholerę w kąt, nie będę tego gówna czytać” czy coś pokrewnego. Ale do początku..

Książka wcale nie jest dobra. Nierówna, choć zdarzają się „cycatowe” perełki, np:

„- Tamcia! – mówi i klepie ją wesoło w ramię. – No jak życie, dalej jesteś singlem?

- Nie, kurwa, albumem The Greatest Hits - odpowiada ponuro Tamara. – Pośmiertnym”.

Albo:

„(…) podejrzewam, że kiedy Bóg organizował świat i rzekł „niech stanie się jasność”, to poprosił mnie, żebym się przesunęła”.

Albo:

„(…) Tobie się udaje jeszcze coś zaruchać? Ale wiesz, coś w miarę normalnego, bez psychiatrycznego rozpoznania?

- Ja piję – odpowiada Tamara. – To się nazywa sublimacja”.

I jeszcze kilka innych. No ślicznie instagramowo nie jest.

Nie zaspojluję, jak napiszę, że rzecz o samotności w wielkim mieście się ma, i to nie byle jakiej samotności, bo singielki po trzydziestce. Aa, i o piciu, i ruchaniu i ćpaniu. I można się oddać tej iskrze świętej rozpisując się smutnie o samotności, i jakie to straszne jest, no można. Opowieść wręcz zaprasza, żeby się tu pomasturbować Joyce’em albo Hoppera obrazek wkleić.

Ja tam się zamotałam sromotnie za dużo sobie pytań zadając i marszcząc w zdziwieniu psychologicznym poorane zmarszczkami czoło. Bo niby co my tu wiemy o bohaterce? Bo dlaczego ona taka bidniutka? No nie będę zamęczać, bo nuda. Chodzi o to, że jest morderstwo (patrz wyżej, pierwsze zdanie powieści).

I tu Wujek Jung już leżący obok mojego ciała poturbowanego, zupełnie aseksulanie szepce mi do ucha: „Ależ mord! Co ona tam zabiła?”.

Nie pytam skąd umie po polsku, bo to przecież Jung, bohater moich lat młodzieńczych. Tamara zabija przecież xxx, bo trochę jej się „należy” i już puściło w bohaterce wszystko, co tak umiejętnie porno-drago-alko zasłoną przykrywała. Zabiła. Ale czy rzeczywiście ją, a może to taki „Fightclub” dla singielki?

Poczułam, że wcale mi się nie chce odwołań do literatury i sztuki tej wielkiej i niższej (jakby różnica była) odwołań szukać. Bo się zatrwożyłam, zawiesiłam nad tym morderstwem. Nad tym „morderstwem”, które popełniam codziennie na sobie.

Nie, nie uprawiam tu jakiegoś egzaltowanego ekshibicjonizmu emocjonalnego, hyh, od tych etykiet mam hejterów. Nie, wolę o sobie pisać, niż używać „królewsko- partyjnego” „My”.

Ale Ja, to My przecież.

Wtedy, kiedy czegoś nienawidzę w drugiej osobie, a może jej całej, wtedy nienawidzę tej części w sobie. Bo to co nie jest częścią mnie, mnie nie dotyka, nie boli, nie wkurwia.

Co robię, żeby tego nie widzieć przypadkiem? Żeby nie było, że, broń cię Buddo przenajświętszy, mam coś „nieprzyjemnego” w sobie, że mój obraz siebie, nie jest tak śliczny, powabny i inteligentny, jak mój profil na Facebooku? Co wtedy? Ano, usuwam skrzętnie w Cień, taki niekorzystny dla własnej samooceny, wgląd. A Cień mój biedny tyje od tych moich usuwanek.

Ja w ogóle w Cień nie chcę zaglądać. Tam wszystko to, co nieuświadomione siedzi, to czego o sobie nie wiem, a raczej wiedzieć nie chcę. To co smutne, zranione, zazdrosne, mszczące się, ciemne…jak to w cieniu. Wolę to „zabić”, stąd morderstwo, jak u Tamary, u „nocnego zwierzęcia”. Bo to nie jest przyjemne, to boli, cierpię. Tak.

A kulturowo przecież, wszystko ma być pięknie i kolorowo, o cierpieniu mówić nie chcemy, chyba, że w ramach akcji charytatywnych. Cierpienie, won!

Ale sadysta Jung, już mi tu szepce: „Liebling, pełny człowiek to ta­ki, który zarówno przechadza się z Bo­giem, jak i zma­ga z diabłem”.

„Oh, really?” – odpowiadam po europejsku, strosząc sztucznie emocjonalne piórka, bo już wiem, że pełnia świadomości siebie kusi i silniejsza jest, niż cierpienie. To, co wyjdzie z Cienia mojego, do światła, wtedy już mi nie zagraża, wiem kim jestem, w pełni mojego człowieczeństwa.

Takim „nocnym zwierzęciem” jestem, od lat patrzącym na swój Cień, nie uciekam już przed Nim, nauczyłam się, że i tak mnie dogoni i w dupę sztucznej samooceny ugryzie.

A książkę polecam, mimo wszystko, bo może błysk siebie, jak w lusterku, zobaczysz..

 

* cytat zboczka Junga oczywiście

 

FOMO sex

1 paź

Pod tak wdzięcznym hasłem Anonimowi Szukacze znajdowali w przestrzeniach internetu mojego blogusia przez ostatnie kilka miesięcy. Nie raz, nie dwa.. Najpierw myślałam, że to wredna literówka się wkradła, że najzwyczajniej w świecie szukali „homo sex”, ale że tyle razy? Tyle razy paluszek stuknął w „h” zamiast w niedalekie, bo tylko okrąglusim „g” oddzielone, „f”??

Stwierdziłam, że to pewnie nie przypadek, więc może trend nowy jakiś, bo o FOMO pisałam, że kiedyś o FOMO pisałam, a o sexie, no cóż, daleko nie trzeba szukać przecież.

Z wujkiem Googlem unisono stwierdziliśmy, że to nie hipsterski trend, a trochę trend jednak. Tak, tak, jak to u psychologa – nic nie jest jednoznaczne i wszystko niesie znaczenie. (śmiejemy się)

FOMO (dla leniuszków, którym się nie chce kliknąć, #przypominajka) to „fear of missing out” czyli „strach, że coś nas ominie”. Strach to stary jak ludzkość przecież, chociaż dobrze opisany dopiero przez Dziadka Freuda (oczywiście), więc nie ma co się dziwić, że w czasach technorewolucji przy wielości opcji dostępnych, neuroza wzrasta wraz z dostępem do informacji.

Jak sobie połączymy ten fatalny akronim z seksem, to już wiadomo o co chodzi. O wszystkie te „okazje” seksu, seksualne okazje. Co ciekawe, nie tyczy się on mężczyzn, bo ewolucyjnie ponoć, oni spełnianie FOMO sexu mają pałętające się w genach, ale kobiet, młodych. Tzn. kobiety doświadczają takiej neurozy (ponoć), przed „osiądnięciem” w stałym związku, obawiając się, że jak już będą z tym Jednym Jedynym, to ominą je te wszystkie okazje seksualnego spełnienia.

Bo wybierać można i przebierać! Kiedyś, abstrahuje już od tzw. moralności i statusu finansowo-politycznego przeciętnej kobiety, wybory były dość ograniczone. Dostępni byli samcy w wiosce, tudzież miasteczku, a jak na odludziu, to tylko jacyś przejeżdżający pewnie. Teraz, well, mamy appki np.: Grinder, Tinder, Blendr, Tingle, Pure, Down, no i stronki symulujące biura matrymonialne jak nasza rodzima Sympatia, czy po prostu zwykłe społecznościówki, które niewinnie, mniej lub bardziej użytkujemy. Głowy i pochwy bolą od nadmiaru!

Nie żebym była, Cnotką-Klotką. Jestem ZA seksualnym spełnianiem siebie i swoich fantazji, z jednym partnerem, w trójkątach, czy w tylu -kątach, jak ktoś lubi. Jestem ZA eksperymentowaniem. Jestem ZA wielokrotnymi orgazmami. Jestem ZA nabywaniem doświadczeń. (Jeśli tylko mamy zgodę osób, z którymi tych wszystkich sexprzyjemności doświadczamy).

Ale.

Na taki trend reaguję rozdwojeniem jaźni własnej. Bo tak jw. jestem ZA, tak samo mam dużo przeciw:

- co z kobietami, które nie mają chęci seksualnego spełniania z przypadkowymi partnerami? Ulegną modzie? Z jakimi konsekwencjami presji muszą się liczyć?

- pierwsze „razy” z nowymi partnerami nie zawsze są seksami potrząsającymi kulą ziemską u podstaw, i trochę jest później „kac”, że było „meh” a miało być „oh Boże!”

- jak tylko w związku stalszym, seks nie jest przez jakiś czas sięgający nieboskłonu, z różnych przyczyn przecież, może chwilowych, to sięga się po następnego partnera, bo tam ma być lepiej. Zapomina się, że związek to praca, często niestety ciężka, wymagająca troski i cierpliwości, szczególnie często w „tych” sprawach..I z łatwością przeskakuje się dalej..

- nowe, nie znaczy lepsze. Często w długoletnich związkach, znajmość ciała drugiej osoby, preferencji, nastrojów prowadzić może do nieprawdopodobnych doznań, bo dodatkowo mamy bliskość i intymność na niezwykłym poziomie..ok, wiem, habituacja bodźców, ale come on.. dotknąć można otwarcia siebie, które być może w przypadkowych znajomościach nie byłoby możliwe..

Tyle „ale” na pierwszy rzut umysłem mi się pojawia, no i w gabinecie bólu i cierpienia się nasłucham z tych przygodnych „przygód” i nadmiaru wyborów..ech..

Powtórzę: jestem ZA, ale świadomym konsekwencji, siebie, potrzeb, i konsekwencji tych potrzeb..

Tak jak się nie zgadzamy z tym antyhumanistą Foucault’em, to on mi to jednak podsumowuje:

„każdy musi przejść seks, ustalony przez urządzenie seksualności urojony punkt, by zrozumieć samego siebie […] zrealizować w pełni swoją cielesność […] osiągnąć własną tożsamość”

Jednak podkreślę, świadomie, proszę.

 

 

 

 

 

Wszystko przez Jacka

8 wrz

Ze wstydem nie wchodziłam na stronę bloga ostatnio. Tyle czasu od kiedy napisałam ostatni raz, a ludzie wchodzą, czytają, co odważniejsi komentują.. Wstyd, pani, czysty wstyd. Wstydzę się więc i debatuję. Jak to się stało?

Ano lato się stało, tyle rzeczy do zrobienia, ludzi do spotkania, miejsc do pojechania. Sprawdzam wcześniejsze „lata atmosferyczne” i co? Ano pisałam, nawet całkiem często. Nawet z pobytów gdzieśtam.

Krasy rumieniec z wolna zalewa mi lico.

Ej, no, myślę sobie do siebie, ale te nowe projekty? Ha? No dobrze, w wersji roboczej, ale czasopochłaniacze. No i przecież pracowałam prawie w pełnym wymiarze psychoterapeutycznym. To mało? No i jest zwycięska konkluzja – nie miałam czasu!

Wena moja, skonfrontowana też przez kolegę terapeutę, kiedy to sobie o „twórczościach” naszych rozmaitych fejsbukowaliśmy, ze złośliwym uśmieszkiem, szepce, wzgardliwie oczywiście: „Czasu bidulko nie miałaś? Ojej..”.

Chciałam sobie uwierzyć, tak bardzo. Bo to przecież fakty faktyczne a nie fantazje. Ale wymówkami zacuchnęło. Ojoj. Swąd się rozszedł, aż głowę odwracałam, tylko jak tu od siebie się odwrócić, no jak?

Czerwona już jak cegła, nie z przyczyn seksualnych bynajmniej, przyznałam się przed sobą, że to wszystko kłamstwa wierutne, że klasyczną, pospolitą „ściemę” sobie uprawiałam i osiągnęłam poziom hard Masterki Prokrastynatorki.

Wzdechnęłam sobie głęboko, aż się zakrztusiłam. Jak ja tego, na Jezuska z Brodą, nie zauważyłam? Jak ta prawda niepyszna mnie tak skrzętnie (po złości pewnie) omijała?

I już wyraźnie mi się pokazało, jak to czasem po prostu „nie widać”. Nie widzimy, bo nie możemy, przez sieci schemacików przez umysły utkanych, takich prawd zwykłych o sobie. Jak to w wymówki wierzyć wolimy, bo, yeny, no wygodnie przecież. Rzeczy ważne odpuszczamy. Na „bardziej odpowiedni czas” odkładamy. Sami sobie pod sobą dołki kłamstwami wykopujemy.

A na dodatek, kolega Jacek, a niech mu będzie z nazwiska, Gientka, podzielił się swoim wytworem wierszowanym, który poniżej przytaczam. Obśmiałam w głos, a potem w milczenie wstydliwe wymówko- kłamstwek zapadłam.

 

Kuopciuszek

Za kilkoma rzekami, miastami i górami

(Nie bądźmy przesadnie szczegółowi,

Bo po co komu takie fakty, prawda?)

Żyła biedna dziewczynka – Kuopciuszek.

 

Właściwie to wszystko jedno, czy była

Dziewczynką czy chłopczykiem, czy może…

A, nieważne, nie czas na dygresje.

Żyła sobie i już. To jest sedno. Żyła.

 

Miała macochę. Biednemu Kuopciuszkowi zmarła matka,

A ojciec chciał, żeby dziecko wychowywało się

Biorąc wzór nie tylko z niego, ale i z mądrej kobiety,

Którą widziałoby na co dzień (właśnie tak to się pisze).

 

Myślicie, że wiecie co było dalej?

Że macocha i jej córki stosowały przemoc,

Którą właściwie należałoby nazwać mobbingiem,

Ze względu na rzekomo pracujący los dziewczyny?

 

Macocha była dobrą kobietą, siostry znosiły

Wszystkie smutki biednego Kuopciuszka.

Nawet, gdy mówiła, że nikt jej nie szanuje,

Że wszyscy się z niej śmieją, bo brzydka czy coś.

 

Gdy ktoś powiedział: podnieś łyżkę z podłogi,

Płakała, że znów się nią wysługują.

Gdy ktoś nie dosłyszał, co właśnie mówiła,

Płakała w poduszkę, że znów ją lekceważą.

 

Zdarzało się, że jakiś przystojny pan,

Albo taki, który tylko tak myślał, naiwniak,

Pochwalił jej oczy, usta czy cerę, a ona

Uciekała myśląc: znów czegoś ode mnie chce.

 

W sobotę ojciec (który był wielkim królem,

Nie mówiłem? Widocznie zapomniałem)

Zorganizował wielki bal, żeby wszyscy

W całym królestwie dobrze się zabawili.

 

Siostry szybko się umalowały i ubrały,

Żeby ustawić się w kolejce do co ładniejszych

Kawalerów albo tych, co po zdjęciu obrączki

Raz w tygodniu wybierali się, żeby pohulać.

 

A biedny Kuopciuszek? Siadła w kącie kuchni,

Zapłakała rzewnymi łzami, smutna jak skrzypce,

Że znów o niej zapomnieli, że nikt jej nie kocha,

Że niepotrzebnie się urodziła i chce umrzeć.

 

Nagle pojawiła się wróżka.

Spojrzała dobrotliwie

Na biednego Kopciuszka, dała mu kopa

W dupę i powiedziała: „Nie marudź. Weź się wreszcie za swoje życie”.

 

Koniec. Zasłona. Milczenie. Dobranoc.

Piękno skóry

20 lip

Oho, znowu jest viralowo „ważnie” o pięknie kobiety! Znane?

albo to:

 

Piękne. I ważne właśnie. Bo co te media robią tym dziewczynkom, dziewczynom, kobietom, w ogóle całemu rodzajowi żeńskiemu, o męskim już nie wspomnę (nie dziś). Jakimi informacjami o tzw. urodzie nas wszędobylczo i bezkarnie karmią? Co te kobiety potem muszą ze sobą robić, żeby tak sprostać tym „ideałom piękna prawdziwego”? No wszystko, prawie. Niby wszyscy wiemy, że to photoszop a jednak porównania siebie zostają, gdzieś tam na granicy świadomości po milimetrze się kodują. Złe media, złe…

Naturalnie więc się wydaje, że takie oto ujawniające prawdę i porównania clipy są potrzebne, bo przecież o tym trzeba mówić! Ujawniać! Demaskować!! Uświadamiać młodym i starym! Kobietom i mężczyznom!!

Pewnie tak.

Ale gdyby tak popatrzeć na teledysk nr 1 jako na reklamę środka do zmywania makijażu?

A na drugi jako na reklamę możliwości jakiegoś programu do edycji zdjęć?

A na obydwa, jako sposób monetyzacji tego trendu „piękna skóry naturalnej” i zdobycia popularności wśród rzeszy kobiet??

Można. Ale tak nie robimy, bo zatrzymujemy się na powierzchni, na tym co nam one przedstawiają i „achom” i „ochom” i łzom wzruszenia nie ma końca.

A dla mnie nie ma różnicy, czy jest makeup czy nie ma, czy był fotoszop użyty czy nie. Bo i tak oba podejścia podkreślają to samo: „Patrz na powierzchnię. Patrz na to co tylko oczami możesz zobaczyć. Wygląd, wygląd, wygląd…”. Zatrzymujemy się na psychologii ewolucyjnej, na swojej własnej zwierzęcości, podkreślając ważność tego co na zewnątrz, trochę jakby się patrzyło na samochód, nie zaglądając pod maskę, kupowało dom, oceniając tylko jego fasadę.

Zewsząd słyszę i wszędzie czytam, że to przecież wnętrze się liczy. Hyh, serio??? To się ci wszyscy mądrzy ludzie, mistycy i nauczyciele mylą chyba…

Tak. Wygląd przemija? Jasne. Ważne to co w środku? Oczywiście. Takimi wyświechtanymi frazesami nas karmią. Bzdura, proszę Państwa! Przecież to nie jest istotne tak bardzo, jaką osobą jesteś, jak bardzo dobrą, moralną, ciepłą, kochaną, inteligentną i mądrą, skoro nie za wiele osób się będzie chciało tego dowiedzieć, nie? Bo akurat tak się zdarzyło, że nie wpisujesz się w kanony „piękna skóry”, bo tak się zdarzyło, że masz taki zestaw genetyczny a nie inny..

Czym jest piękno prawdziwe się pytam?

Dla mnie zawsze, tym kim jesteś. To czy swoim zachowaniem ranisz innych, to co wnosisz w tzw. życie, swoje i innych, to w jakim kierunku idziesz. Tak, takie bzdurne wartości, jak dobro, miłość bliźniego, szacunek.

Możesz siebie uważać za piękność, możesz być dumna z bycia Miss Wszechświata (i Wszechświatów Równoległych jak już przy tym jesteśmy), to, powiem nowotestamentowo, „jesteś jak cymbał pusto – brzmiący” jak nie masz tych oldskulowych wartości..

Zmieńmy w końcu ten focus na „to co widać”, patrzmy pod „piękno skóry”, zobaczmy czym i kim jesteśmy naprawdę, a nie podkreślajmy ważność tych skórek, wydmuszek, powierzchowności przesyłając sobie śliczne virale w soszialach.

I młodych uczmy właśnie tego, nowego „focusu”, taka praca u podstaw, im będzie lżej bez tych porównań..

PS. Hyh, nie mam nic przeciwko tzw. biologicznie pięknym ludziom płci obu, mają świetny mix genów, nieprawdaż?? Niespecjalnie mieli na to wpływ… Ot i tyle, a też czasem nie mają łatwo…Ech…

Dlaczego w polskim radio nie mogłam opowiedzieć o „pochwicy”?

4 lip

W mediach do których jestem czasem zapraszana jako ekspert, zdarzają się różne tematy. Tym razem w Czwórce miałam mieć temat „Ciało, nagość i media”. Podskoczyłam z radości, bo to przecież temat – samograj można powiedzieć, i o każdej jego części spokojnie mogę mówić godzinami – i z perspektywy psychologicznej i seksuologicznej oczywiście. Razem z psychologiem społecznym, który zdecydowanie rozszerzał podejście na różne kultury, stworzyliśmy bardzo udany duet!

I było o stereotypach płci i ciała wykorzystywanych przez media. I o podwójnych standardach, że nagi biust na plaży to prawie ok, ale już karmiąca matka w Arkadii to już nie. I o stabuizowanym ciele, i wychowaniu seksualnym, tym niedostępnym. I o tym jak bezmyślnie często dzielimy się pewnymi treściami i fociami w soszialach. I jak przesuwamy granice tzw. „przyzwoitości”. I jakich konsekwencji możemy się spodziewać po takim „ekshibicjoniźmie” – emocjonalnym, cielesnym i statusowym (nikt nie może przewidzieć, bo technokraci zaskakują nas coraz bardziej i szybciej). I było o tym, jak te standardy tzw. piękna ciała wpływać mogą na młode, kształtujące się dopiero samooceny chłopców i dziewczyn. I udało mi się też o pozytywnych aspektach tego wszędobylsko „odkrytego ciała” nadmienić. No git, nie??

I się pośmieliśmy, i podopytywaliśmy, i poteoretyzowaliśmy. Uwielbiam. Ale.

W pewnym momencie, w tzw. przerwie na utwór muzyczny, prowadzący, świetny gość (nazwisk nie przytaczam, ktoś bardzo zdeterminowany sobie znajdzie), pyta: ” Iza, a może jakąś historię gabinetową, z pełnym zachowaniem pufności i anonimowości, co??”. Masz, no pewnie, myślę, bo to mało znam!! „Słuchaj to może o pochwicy opowiem, jak już jesteśmy w temacie wstydu i uwarunkowań kulturowych???”. Panowie obaj się zawiesili na chwilę, zafrasowali z nienacka. „Yyyyy, wiesz co, obawiam się, że w polskim radio ok. godziny 13.30 to może być mimo wszystko niezjadliwe, może jakiś skandalik z tego wyjść…tak ci tylko mówię z mojego doświadczenia..”. Mój drugi rozmówca dodał tylko „Wiesz, może po 22.00 to by poszło..”. Zamknęłam więc paszczę i przytoczyłam bardziej „cywilizowaną” historię o chłopcu, któremu zakazano edukacji seksualnej, i kiedy „zmazy nocne” się pojawiły, uznał, że jest śmiertelnie chory…no…. .

Zafrasowałam się, później o tym rozmyślając w pojedynkę gdzieś między Stacja Racławiacka a Metro Centrum. Dlaczego „publiczność” nie jest gotowa do rozmowy o tak częstym zaburzeniu dotykającym wiele kobiet? Bo co? Bo nazwa boli – „pochwica”?? To jest zaburzenie, choroba w klasyfikacji chorób ma swój prawowity numerek, tak jak zapalenie płuc, ospa czy inne, bardziej dopuszczalne medialnie.

A gdybym podała przykład mężczyzny z zaburzeniem erekcji, albo zanikiem popędu, to byłoby ok?? Nie mówimy o chorobach tzw. wstydliwych? A skąd można się dowiedzieć, jak nie z mediów? Że w ogóle jest coś takiego (wiele kobiet nie wie, że takie schorzenie istnieje i jest praktycznie w 100% uleczalne), że takie a takie są symtomy, że można się pozbyć cierpienia, że to się leczy, że są specjaliści, którzy są w stanie się tym zająć. I że nie ma się czego wstydzić, i po co cierpieć. No ale nie.

W radio polskim publicznym o 13.30 nie można. Bo tak.

 

To samo ad infinitum

3 lip

Gabinety.

Z eRem się znamy. Z jego schematami i przeszłością kolorową również. Jego mądrość mnie zadziwia, a jego ponowna obecność w gabinecie bardziej.

- Ha! Wiedziałem, że cię zaskoczę.

- Udało się. Co cię do mnie sprowadza? Nie widzieliśmy się ze trzy lata..

- Jedno zdanie, które kiedyś powiedziałaś.

(Manipulant, hyh, głaszcze mi terapeut-ego..myślę..).

- Nie, nie przymilam się (jeszcze czyta w myślach! skubany!). Po prostu zostało i w końcu ogarnąłem co znaczy, dla mnie – „Lekcje życiowe będą się powtarzały aż się nauczysz,to czego masz się nauczyć”.

- Aha. (broń każdego terapeuty, jak chce wypaść na tak mądrego jak postrzega go rozmówca/pacjent/ klient). To czego się nauczyłeś?

- Jeszcze dokładnie nie wiem. Przed wejściem w ostatni związek, myślałem i pilnowałem się, żeby tylko nie popełnić błędów z tego ostatniego. Okazało się, że popełniłem dokładnie te same, tylko trochę inaczej. Iza, no, ciągle jest tak samo, coś mnie przeciąga po tych samych koleinach. Niby inaczej a tak samo… No kurna…

- Szukamy wzorca, mechanizmu?

- (wzdycha) No tak…Dziękuję, że powiedziałaś „my”… Już nie mam siły sam..

(Wcześniej mnie za to punktował, teraz docenia… Ludzie się zmieniają, hyh).

- Chcę już siebie normalnego! Wiesz..Bez tych starości, naleciałości przeszłości..Bez błędów…

- Popełnisz nowe, wiesz..

- (kręci głową, przyglądając się mi) Czy ty masz jakieś szkolenie na psucie ludziom nadziei?? Nie uczą was, że macie pomagać, a nie uziemiać??

- O mój dyplom ze złośliwości poproś w recepcji. (śmiejemy się, bo to nasze zwyczajowe wymianki..).

No śmichy chichy, ale podziwiam eR, że zauważył, że widzi, że wszystkie drogi prowadzą do tego samego przekonania, o sobie, o tym jaki on jest w relacjach z kobietami. I kobieta inna, ze swoim setem przekonań, ale on jest ten sam przecież. Te same mechanizmy. I widzi, że to nie działa.

Bo lekcja będzie się powtarzać, dopóki się nie nauczę. Nie zmienię. Nie odkryję, tego co mnie trzyma w warunkowanej przeszłości.

Zmienia się partnerów, partnerki, żeby było lepiej, a tu trzeba siebie. Trochę jak z urlopem, wyjazdem, albo zmianą pracy, zamieszkania. Jak to się ładno – niecenzuralnie mówi – „Same shit, different place”.

Ech.

 

Bez – siła

24 cze

 

Gabinet.

On siedzi. Ostrożnie. Spięty, jak do skoku. Niespokojny. Czuć energię pod skórą. Coś tam jest. Coś pełza, drapie od środka.

Wiem, że nie chce tu być. Wiem, że mnie nie lubi, nie znosi wręcz. Powiedział, otwarcie. Bo „terapeuta nie jest od lubienia, jest od pomocy” – jego słowa. Przychodzi więc, raz, czasem dwa w tygodniu. Wtedy, kiedy To go zalewa najbardziej. Wtedy, kiedy już nie może złapać oddechu. Wtedy kiedy tylko To się kręci w myślach i nie pozwala normalnie żyć.

To – w jego myślach – zranienie równa się pragnienie zemsty. Ale zemsta przez duże, wielkie „Z”. Nie może się od tego oderwać, To trawi go, kawałek po kawałku zabiera cząstki życia. Oddycha Tym, nieustannie plecąc scenariusze jak do filmów.

Myślisz, że z tym przyszedł? Żeby się pozbyć Tego? Nie. Nie widzi i nie chce zobaczyć, że to go zżera, zjada. Chce tylko przewietrzyć głowę, przekazać mi milionowy plan zemsty. Czasem, przez miliseksundę dotyka swojej w tym bezsiły. To momenty tak drogie i delikatne, umykają, i widzę tego człowieka z obsesją, w kręgu niemocy. Dotykamy swojego człowieczeństwa. Przez te mikrosekundy.

Bo ja też swojego. Nie rozumiem tej obsesji, nie rozumiem tego pragnienia zemsty, tak żywego, jak by się działo naprawdę, jakby się działa naprawdę. To czego dotykam to brak siły, miejsca, gdzie wszyscy jesteśmy tacy sami. Tak samo, niemożliwie, słabi.

Wątpisz?? No tak, przecież „to takie „głupie” mścić się, to takie niedojrzałe..”.

A kiedy zostałeś zwolniony z pracy, bezpodstawnie przecież, i nienawiść się wkradła?A kiedy zostałaś porzucona, nagle, bez słowa, bez wytłumaczenia? A kiedy ona zabrała Ci Jego? A kiedy ktoś ma coś czego ty nie masz? A kiedy…

I tak wyliczać można bez ustanku. Te nienawiści, te zazdrości, te zawiści, te zemsty. Te malutkie, nie tak wielkie, niby. Ale siedzą w głowach, w duszy. Nadżerają, obsesyjnie się plączą. I tak. Odbierają siłę, moc. Zatruwają Ciebie. Obsesyje, obsesje, obsesyjki…

A gdyby tak odłączyć te myśli – niech ktoś zgasi ich światło! Niech ktoś założy embargo na te emocje, na te umysłu produkcje!

Ale nie ma nikogo przecież. To ty sam/sama.. Odbierasz sobie siłę, bo „nie można tak ludzi traktować, bo nie zasługuję, bo nie jestem tego warta, bo muszę być najlepszy”… Schematy trzymają jak obcęgi. I tak wokół własnej osi, po ludzku, kręcimy się, ja i ty, schematy i ich obsesyjne produkcje. Tak.

I może myślisz, że tak słabi mają? A te pozytywnie ustawione „cele”, dzięki którym tak dużo osiągnąć możesz, musisz, powinieneś? A cena, patrzysz na cenę?? Aaa „no pain, no gain”…. Tylko czy warto, tak dążyć, tak przeć, tak siebie ugniatać? Myślę sobie, że ta siła, też bezsiłę rodzi..

Skotłowani w tej niemocy, ja i ty. Odpuszczamy życie, siebie.

Spytasz mnie (bo jemu nie mogę powiedzieć, ot tak) – to co mam zrobić?

Odpuść, zostaw, odejdź.

Jak? Jak do cholery?

Powoli. Milimetr woli po milimetrze resztek szacunku do siebie.

Phi, fuknąć na mnie możesz, wymądrzasz się, pańciapsycholożka i tyle..

A ja Ci powiem, że byłam tam gdzie jesteś Ty, i wróciłam. Po siebie. Po swoją siłę. Można, trzeba, uwierz, choćby na słowo.